wtorek, 2 grudnia 2008
Cuisine
Wszystko ładnie pięknie tylko w mojej kuchni nie działają kuchenki. W pokoju mojej przenośnej tez nie mogę używać bo gdy ją włączam wysiadają korki. A jak we Francji coś się zepsuje to zostawiają status quo, zamiast naprawić, tak jak winda w Corisandzie. Wiec jak zwykle cos, jakis szkopuł musi byc. Przełączyłam się do innego gniazdka i działa mniejszy palnik. Kupilam sobie woka, tworze hybrydy kuchni polsko-francusko-agatkowej. Trochę podpatrzyłam pracując w restauracji, moim celem jest zrobienie dobrego creme brulee. Potrzebny mi mikser. Dzis byly kotlety z pełnego ziarna z emmentalem na marchewce w ziolach prowansalskich z gałką muszkatułową i mojej nowej oliwie a do tego Col de l'Estrade Saint-Chinian-Roquebrun 2006 (40% syrah, 30% grenache, 20% murvedre, 10% carignan). Wino jest prawie czarne, nie mogę się opanowac mimo, że jest trochę za zimne. Ziołowe, orzechowe, taniczne, trzeba było dodac oliwki do mojego obiadku to pasowałoby jeszcze lepiej.
piątek, 28 listopada 2008
Przeprowadzka
Nie mogłam tego pozostawić bez komentarza.
Dziś pierwsza noc w nowym lokum!!!
Tak się doczekać nie mogłam, ze mimo ze jutro mogę mieć 2 samochody żeby wszystko przewieźć to dziś robiłam rundy rowerem w te i powrotem. Oczywiście przywiozłam sobie gazetę i książkę. Do nowej łazienki :)
Dziś pierwsza noc w nowym lokum!!!
Tak się doczekać nie mogłam, ze mimo ze jutro mogę mieć 2 samochody żeby wszystko przewieźć to dziś robiłam rundy rowerem w te i powrotem. Oczywiście przywiozłam sobie gazetę i książkę. Do nowej łazienki :)
Co chodzi parami
Na 5 nocnych klubów w Pau podobno 2 są gejowskie.
Nie wiem ilu jest tu homoseksualistów, mówią, że dużo, ja nie widziałam.
Wiem za to że jest dużo złodziei.
Feralny tydzień.
Zaczęło się od wypadku na rowerze. Siniaki, potłuczenia i obtarcia.
Potem wsiąkł mi telefon komórkowy, prawdopodobnie wyciągnięty z kieszeni płaszcza. Straciłam wszystkie kontakty. Dobrze tylko ze miałam abonament bo dostałam sima z tym samym numerem.
Tego samego dnia, gdy byłam w pracy, ukradli mi rower sprzed drzwi restauracji. O 2 w nocy zastałam sam łańcuch. Tak, ten zdezelowany rower który myślałam żeby nawet wyrzucić bonie miałam sumienia go komuś sprzedawać z uwagi na zwykle bezpieczeństwo. Wszystko nbylo juz w tym gracie zdezelowane i pokrzywione. Po wypadku juz w ogole. Lancuch spadał przy kazdym nieprecyzyjnym ruchu krzywymi pedałami, nie mówiąc obraku chamulców i gibającej się kierownicy.
Przeprowadzic sie nie moglam bo miejsc niby nie ma.
Po tym wszystkim miałam ochotę wracac do domu, do mamy.... Na dodatek od tygodnia nie przestawało padac...
Ale równowaga musi byc.
W tym samym momencie co wyszło słonce dowiedzialam sie ze jest dla mnie pokój w akademiku z lazienką. Dostalam górala od znajomego (ma troche zbyt dobry przedni chamulec....), 2 dni później znalazlam komórkę na ulicy. Motorolę, całkiem niezłą (!!!) Nie żartuję.
Uśmiałam się po pachy. Oczywiscie chciałam zadzwonic do kogos z kontaktow zeby oddac wlascicielowi ale byla wylaczona. Wlaczylam i trafiłam z kodem (nie byl trudny...) dzwonie do "moja żona" ale nie ma kasy na koncie wiec dzwonie ze swojej komórki. Laska juz przez telefon mnie wnerwila. Mówie ze jestem w pracy teraz i jutro mogą odebrac. A ona bezczelnie ze nie, ze ona zaraz przyjedzie bo oni potrzebuja dzis ta komórke. Przyszla, wziela i poszla. Niewychowani ci francuzi....
Nie wiem ilu jest tu homoseksualistów, mówią, że dużo, ja nie widziałam.
Wiem za to że jest dużo złodziei.
Feralny tydzień.
Zaczęło się od wypadku na rowerze. Siniaki, potłuczenia i obtarcia.
Potem wsiąkł mi telefon komórkowy, prawdopodobnie wyciągnięty z kieszeni płaszcza. Straciłam wszystkie kontakty. Dobrze tylko ze miałam abonament bo dostałam sima z tym samym numerem.
Tego samego dnia, gdy byłam w pracy, ukradli mi rower sprzed drzwi restauracji. O 2 w nocy zastałam sam łańcuch. Tak, ten zdezelowany rower który myślałam żeby nawet wyrzucić bonie miałam sumienia go komuś sprzedawać z uwagi na zwykle bezpieczeństwo. Wszystko nbylo juz w tym gracie zdezelowane i pokrzywione. Po wypadku juz w ogole. Lancuch spadał przy kazdym nieprecyzyjnym ruchu krzywymi pedałami, nie mówiąc obraku chamulców i gibającej się kierownicy.
Przeprowadzic sie nie moglam bo miejsc niby nie ma.
Po tym wszystkim miałam ochotę wracac do domu, do mamy.... Na dodatek od tygodnia nie przestawało padac...
Ale równowaga musi byc.
W tym samym momencie co wyszło słonce dowiedzialam sie ze jest dla mnie pokój w akademiku z lazienką. Dostalam górala od znajomego (ma troche zbyt dobry przedni chamulec....), 2 dni później znalazlam komórkę na ulicy. Motorolę, całkiem niezłą (!!!) Nie żartuję.
Uśmiałam się po pachy. Oczywiscie chciałam zadzwonic do kogos z kontaktow zeby oddac wlascicielowi ale byla wylaczona. Wlaczylam i trafiłam z kodem (nie byl trudny...) dzwonie do "moja żona" ale nie ma kasy na koncie wiec dzwonie ze swojej komórki. Laska juz przez telefon mnie wnerwila. Mówie ze jestem w pracy teraz i jutro mogą odebrac. A ona bezczelnie ze nie, ze ona zaraz przyjedzie bo oni potrzebuja dzis ta komórke. Przyszla, wziela i poszla. Niewychowani ci francuzi....
czwartek, 20 listopada 2008
Mieszkanie
Natknęłąm się w sieci na relacje z pobytu w Pau. Dziewczyna poleca akademik Corisonde d'Andoins. Co za bzdura... Jest to po prostu najtańsza opcja, ale przy tym taki syf jaki ciężko w Polsce znaleźc nawet w najgorszej dziurze. Za to, jakie tu są warunki, to jest tak na prawde straszliwie drogo. Najlepiej starac sie o wyremontowany Gaston Phoebus jesli nie chce się mieszkac z kims. Pokoje są malutkie ale kazdy ma wlasna lazienke! Kuchnia jest wspolna wiec nie traci sie na kontaktach.
Alternatywą jest wynajęcie mieszkania poza CROUS'em czyli poza uniwersyteckimi. Wtedy oczywiscie w 2 lub kilka osób. Warto jednak mysle zobaczyc te mieszkania wczesniej bo tu często mozna trafic na zakalec. Kasowo wychodzi podobnie do akademików a przynajmniej ma się wieszy spokój i miejsce gdzie mozna zaprosic znajomych lub kogos przenocowac. Akademickie klitki sie do tego nie nadaja. Nie raz nie mielismy sie gdzie podziac bo do wiekszego pokoju w akademiku gdzie mozna by posiedziec sobie, trzeba skladac podanie o wydaniu kluczy tylko jak jest dyrektor i najpozniej dzien wczesniej ale poza sobota i niedziela bo od poniedzialku jest nowa lista a w niedziele nikt nie pracuje.
Alternatywą jest wynajęcie mieszkania poza CROUS'em czyli poza uniwersyteckimi. Wtedy oczywiscie w 2 lub kilka osób. Warto jednak mysle zobaczyc te mieszkania wczesniej bo tu często mozna trafic na zakalec. Kasowo wychodzi podobnie do akademików a przynajmniej ma się wieszy spokój i miejsce gdzie mozna zaprosic znajomych lub kogos przenocowac. Akademickie klitki sie do tego nie nadaja. Nie raz nie mielismy sie gdzie podziac bo do wiekszego pokoju w akademiku gdzie mozna by posiedziec sobie, trzeba skladac podanie o wydaniu kluczy tylko jak jest dyrektor i najpozniej dzien wczesniej ale poza sobota i niedziela bo od poniedzialku jest nowa lista a w niedziele nikt nie pracuje.
wtorek, 18 listopada 2008
Bleus
Koleś od roweru jest podejrzany...
To może być prawda co mi mówią.
Sprzedał mi rower bez hamulców a następnego dnia poszła dętka. Kasi to samo.
I ciągle się pyta jak tam rower i oferuje si, że naprawi. Jak już kilka razy prawie się przez te hamulce zabiłam to mowie mu a weź napraw i daj mi sprawny jak należy. No i pisze mi sms'a ze będzie mnie to kosztowało 5Euro bo coś tam cos tam... Jak Aissa sie dowiedział, ze w ogóle z tym kolesiem rozmawiam puknął mnie w czoło. Powiedział, zobaczysz, on tak robi, jedno naprawia,drugie sie psuje i tak będzie ciągle za Tobą łaził. No i faktycznie tak naprawił ze ja cie kręcę, a następnego dnia w kole nie miałam powietrza....
Zresztą oni wszyscy to są takie majstry od siedmiu boleści, nie to co nasze polskie chopaki.
W kocu kucharz ode mnie z pracy zareklamował się jako urodzony na rowerze, że mi to wszystko zrobi. I zrobił. Tylko że tak, że potem miałam wypadek na skrzyżowaniu bo zerwał mi się łańcuch i wyleciałam w przód na ulicę i na ten pojazd auto podobny, jest cały powykrzywiany, a ja poobijana i lekko zszokowana... coś czuje, że będą mi się śniły dziś te światła samochodu, który mnie prawie rozjechał i mało przekonujący pisk hamulców na mokrej deszczowej drodze,wszystko widziane z perspektywy jeża przechodzącego przez jezdnię...
Dziś zasuwałam w moich narciarskich ciuchach bo wszystko się moczy tak pada...
Sen o Francji wydaje się dziś być zwykłą medialną czy książkową czy jakąkolwiek inną ale jednak zwykłą mżonką.
Nie kupujcie starych rowerów.
Nowych też nie bo wam ukradną. (wszędzie mozna tu znalezc poprzyszepiane albo same koła albo rowery bez siodełek).
W ogóle najlepiej to trzymajcie się daleko od arabskiej Francji...
To może być prawda co mi mówią.
Sprzedał mi rower bez hamulców a następnego dnia poszła dętka. Kasi to samo.
I ciągle się pyta jak tam rower i oferuje si, że naprawi. Jak już kilka razy prawie się przez te hamulce zabiłam to mowie mu a weź napraw i daj mi sprawny jak należy. No i pisze mi sms'a ze będzie mnie to kosztowało 5Euro bo coś tam cos tam... Jak Aissa sie dowiedział, ze w ogóle z tym kolesiem rozmawiam puknął mnie w czoło. Powiedział, zobaczysz, on tak robi, jedno naprawia,drugie sie psuje i tak będzie ciągle za Tobą łaził. No i faktycznie tak naprawił ze ja cie kręcę, a następnego dnia w kole nie miałam powietrza....
Zresztą oni wszyscy to są takie majstry od siedmiu boleści, nie to co nasze polskie chopaki.
W kocu kucharz ode mnie z pracy zareklamował się jako urodzony na rowerze, że mi to wszystko zrobi. I zrobił. Tylko że tak, że potem miałam wypadek na skrzyżowaniu bo zerwał mi się łańcuch i wyleciałam w przód na ulicę i na ten pojazd auto podobny, jest cały powykrzywiany, a ja poobijana i lekko zszokowana... coś czuje, że będą mi się śniły dziś te światła samochodu, który mnie prawie rozjechał i mało przekonujący pisk hamulców na mokrej deszczowej drodze,wszystko widziane z perspektywy jeża przechodzącego przez jezdnię...
Dziś zasuwałam w moich narciarskich ciuchach bo wszystko się moczy tak pada...
Sen o Francji wydaje się dziś być zwykłą medialną czy książkową czy jakąkolwiek inną ale jednak zwykłą mżonką.
Nie kupujcie starych rowerów.
Nowych też nie bo wam ukradną. (wszędzie mozna tu znalezc poprzyszepiane albo same koła albo rowery bez siodełek).
W ogóle najlepiej to trzymajcie się daleko od arabskiej Francji...
Pobierzmy się, moja narzeczona czyta gazetę
Cały czas nie wiem jak jest po francusku wesołe miasteczko ale poszliśmy tam przed moją pracą, wyszalałam się, poobijałam samochodzikami i od razu nabrałam dystansu i dałam rade znieść mojego szefa. Najlepsze było jednak to, że spotkałam narzeczoną tego Kongijczyka, który chciał ze mną wyjechać do Polski, szanować mnie i założyć rodzinę.
Śnieg przez cały rok
Algierczyków na początku miałam ich za cywilizowanych ludzi, francuzów, może nie w gruncie rzeczy, ale jednak jakoś tam francuzów, tak jak broniłam zawsze Zizu przed atakami typu "żaden z niego francuz". Teraz jestem bardziej sceptyczna i ostrożna, poznałam już z 8-10. Wszystkich coś tam łączy. Coś, co bardzo mi nie odpowiada i trzyma na dystans. Podejście do relacji międzyludzkich, do kobiet.
W kazdym razie jeden z moich kolegów ze wspomnianego Afrykańskiego kraju (a tak, blondyn nawet!) mieszka w odnowionym akademiku kolo uczelni. Byłam wczoraj i widziałam jak tam jest. Decyzja podjęta w minute, przeprowadzam się! Na stronie internetowej, na której wybierałam akademiki nic nie było mowy o tym, ze w tym wyremontowanym Gastonie w pokojach są osobne łazienki! To nie jest mały, nieistotny szczegół!!! To jest najważniejszy mankament mojego lochu. To-ale-ta. Coraz rzadziej się myje bo po prysznicu tutaj i tak czuje się brudna. Sufit odpada, śmierdzi i w ogóle szkoda gadać...
Za 40 euro więcej miałabym nowiutki pokój ze swoją łazienką. Natychmiast dziś poszłam załatwiać przeniesienie. Ale to jest FRAAANCJA. Nie ma tu, kochana, żadnych sensownych wyjaśnień na pytanie "dlaczego". Bo przenieść się nie mogę, mimo, że są wolne pokoje tam (obok mojego znajomego na przykład), to mówią, że nie ma nic. Ale ponoć omni właśnie zawsze tak mówią, i trzeba po prostu chodzić i nalegać... Komuna!
"Desole" i ten głupi francuski uśmieszek baby w niepasującym kompletnie do niczego niebieskim cieniu do powiek.
Ale mam czasem wpadać i pytać. Znowu ten glupii uśmieszek.
Spytalam czy nie ma jakieś listy oczekujących.
"Jest, chce pani, żebym panią na niej umieściła?"
A niby po co tu przychodzę? tak sie tylko zorientować??? Bo jeszcze sama nie wiem czy sie chce wynosic z mojego cudownego apartamentu 8m, który dziele z 10 osobnikami typu karaluchy?
Wpisała mnie na listę i jakaś gadka się zaczęła o pogodzie, wiedziałam już ze to ona może zdecydować co kto i kiedy dostanie. Wiec ładnie porobiłam uśmieszki (masakra), ale jak można ukryć swoja reakcje jak ktoś mówi mi ze mam ładny kożuch i potem się pyta czy w Polsce leży śnieg przez cały rok?
W kazdym razie jeden z moich kolegów ze wspomnianego Afrykańskiego kraju (a tak, blondyn nawet!) mieszka w odnowionym akademiku kolo uczelni. Byłam wczoraj i widziałam jak tam jest. Decyzja podjęta w minute, przeprowadzam się! Na stronie internetowej, na której wybierałam akademiki nic nie było mowy o tym, ze w tym wyremontowanym Gastonie w pokojach są osobne łazienki! To nie jest mały, nieistotny szczegół!!! To jest najważniejszy mankament mojego lochu. To-ale-ta. Coraz rzadziej się myje bo po prysznicu tutaj i tak czuje się brudna. Sufit odpada, śmierdzi i w ogóle szkoda gadać...
Za 40 euro więcej miałabym nowiutki pokój ze swoją łazienką. Natychmiast dziś poszłam załatwiać przeniesienie. Ale to jest FRAAANCJA. Nie ma tu, kochana, żadnych sensownych wyjaśnień na pytanie "dlaczego". Bo przenieść się nie mogę, mimo, że są wolne pokoje tam (obok mojego znajomego na przykład), to mówią, że nie ma nic. Ale ponoć omni właśnie zawsze tak mówią, i trzeba po prostu chodzić i nalegać... Komuna!
"Desole" i ten głupi francuski uśmieszek baby w niepasującym kompletnie do niczego niebieskim cieniu do powiek.
Ale mam czasem wpadać i pytać. Znowu ten glupii uśmieszek.
Spytalam czy nie ma jakieś listy oczekujących.
"Jest, chce pani, żebym panią na niej umieściła?"
A niby po co tu przychodzę? tak sie tylko zorientować??? Bo jeszcze sama nie wiem czy sie chce wynosic z mojego cudownego apartamentu 8m, który dziele z 10 osobnikami typu karaluchy?
Wpisała mnie na listę i jakaś gadka się zaczęła o pogodzie, wiedziałam już ze to ona może zdecydować co kto i kiedy dostanie. Wiec ładnie porobiłam uśmieszki (masakra), ale jak można ukryć swoja reakcje jak ktoś mówi mi ze mam ładny kożuch i potem się pyta czy w Polsce leży śnieg przez cały rok?
poniedziałek, 17 listopada 2008
La Brochetterie
Praca w tej knajpie jest de la merde....
Upośledzają zawód kelnera będąc swięcie przekonanymi, że wszystko robią i wiedzą najlepiej bo są starymi wyjadaczami w branży. Widocznie są tak głupi, że nawet przez 20 lat do nich pewne oczywiste fakty nie docierają... Eric i Betty.
To było wiadomo, że będę przeklinać swojego szefa, pierwszego i następnych bo sie do podporządkowywania się nie nadaję ale to jest już przeginka i ale nie z mojej strony... Rozmawiałam z szefową bo narzekała, że ciągle musi nowych kelnerów uczyć bo jest straszna rotacja. Spytałam dlaczego poprzedni odchodzili. Ona na to że młodzi w dzisiejszych czasach są leniwi... Jassssne, zawsze problem leży poza nami....
Niczego sie nie nauczyli.
Oto wszystkie pierwsze prima, które po tygodniu pracy wrzucam do mojego Kodeksu:
- każdy kelner powinien mieć swoje stoliki do obsługi i tylko nimi się zajmować, inny kelner nie powinien ingerować w nieswój stolik chyba, że zaistnieje ku temu ważny powód.
- kucharz dostaje porządne pieniądze za swoją pracę.
- kucharz nie jest jednocześnie zmywakiem i nie musi po pracy pucowac podłóg i sufitów.
- kelner dostaje napiwki i z nikim się nimi nie dzieli.
- ekipa dostaje porządnie jeść przed pracą. Noszenie ludziom żarcia będąc na głodzie to baaardzo niefajne jest i niebezpieczne...
- nie zmywamy stołów dwa razy...
i potem parę pobocznych przykazań, jak to przestrzegamy zasad dobrego wychowania i szanujemy każdego... jak nie można palić to nie można palić i niech to dotyczy też szefa.
Wszędzie wiszą znaki we Francji ze za palenie w miejscach zakazanych jest 68E mandatu. A co tam, zadzwonię po gliny ;-) ale to jak mi nie będą chcieli zapłacić czy cos, zawsze dobrze jest miec jakiś szantaż w rękawie.
Upośledzają zawód kelnera będąc swięcie przekonanymi, że wszystko robią i wiedzą najlepiej bo są starymi wyjadaczami w branży. Widocznie są tak głupi, że nawet przez 20 lat do nich pewne oczywiste fakty nie docierają... Eric i Betty.
To było wiadomo, że będę przeklinać swojego szefa, pierwszego i następnych bo sie do podporządkowywania się nie nadaję ale to jest już przeginka i ale nie z mojej strony... Rozmawiałam z szefową bo narzekała, że ciągle musi nowych kelnerów uczyć bo jest straszna rotacja. Spytałam dlaczego poprzedni odchodzili. Ona na to że młodzi w dzisiejszych czasach są leniwi... Jassssne, zawsze problem leży poza nami....
Niczego sie nie nauczyli.
Oto wszystkie pierwsze prima, które po tygodniu pracy wrzucam do mojego Kodeksu:
- każdy kelner powinien mieć swoje stoliki do obsługi i tylko nimi się zajmować, inny kelner nie powinien ingerować w nieswój stolik chyba, że zaistnieje ku temu ważny powód.
- kucharz dostaje porządne pieniądze za swoją pracę.
- kucharz nie jest jednocześnie zmywakiem i nie musi po pracy pucowac podłóg i sufitów.
- kelner dostaje napiwki i z nikim się nimi nie dzieli.
- ekipa dostaje porządnie jeść przed pracą. Noszenie ludziom żarcia będąc na głodzie to baaardzo niefajne jest i niebezpieczne...
- nie zmywamy stołów dwa razy...
i potem parę pobocznych przykazań, jak to przestrzegamy zasad dobrego wychowania i szanujemy każdego... jak nie można palić to nie można palić i niech to dotyczy też szefa.
Wszędzie wiszą znaki we Francji ze za palenie w miejscach zakazanych jest 68E mandatu. A co tam, zadzwonię po gliny ;-) ale to jak mi nie będą chcieli zapłacić czy cos, zawsze dobrze jest miec jakiś szantaż w rękawie.
niedziela, 16 listopada 2008
Barcelona:) Andorra:) i Lourdes:(
Pozwiedzaliśmy trochę na wariata, weekend z wielkimi planami i pędzącym czasem, który ciągle zostawiał naszą skodę w tyle...
Strasznie się na nas uwziął, posunął się nawet do tego, żeby popalić hamulce, zwinąć nasze auto w
nocy na parking policyjny i wszystkie znaki tak poprzestawiał, że nie łamiąc przepisów w Andorze można było tylko jeździć w kółko. I oczywiście wysłał wszystkie hotele na wakacje wiec szukaliśmy kilka godzin jakiegoś otwartego bo oczywiście do schroniska w Barcelonie dotrzeć nam nie pozwolił.
Lourdes to w ogóle jakaś porażka totalna. Maryjny Ciechocinek.
Nie umarłam z nudów i mdłości tylko dlatego, że robienie zdjęc było zabronione (sic!) Tak, tak.
Przynajmniej miałam jakąś najmniejszą na swiecie dozę frajdy, że grzeszę, czy coś...
Ale P. się uparł, że musi babci przywieźć wodę ze świętego źródełka.....(no comment!). Dogryzania nie było końca, jak się dobrałyśmy w trójkę. Oto zakazane zdjęcia:
P. nie chciał kupić tej wody w sklepie tylko musiał ją zaczerpnąć ze źródełka. Nie kupił pojemniczka bo myślał ze są pełne (!). Jak byliśmy u góry to chciał schodzić do sklepików spowrotem. Żeby wybić mu to z głowy i załatwić sprawę by już moc wracać do auta podeszłam do babek, które szmuglowały tę wodę butelkami na wózku i pościłam taka boska wiązankę ze mi dały jedną butelkę. Babcia się będzie mogła w tej wodzie wykąpać. To na pewno będzie nieśmiertelna. Ah ten szalony wzrok przemytniczek święconej wody!
Cudowne widoki po drodze i z 25C
do minus nie wiem ilu >> w jeden dzien! I już poczułam zapach nart!
Nareszcie
Andora i te podniecające ceny. Tyyyyyyyyyyyyyyyyle sklepów ze sprzetem sportowym, wszystko co chcesz Salomona, Rossignola, Colmara, Descenta, Burtona, ah! Wieeeeeelkie! I maaaaaasa sklepów motocyklowych! Tam właśnie kupie sobie ciuchy w końcu!!!!!!!!!!! Tylko potrzeba trochę więcej niż 2h.....
Barcelona to w sumie nie wiem bo nie widziałam:)
Ale wiem że parking drogi. 18 Euro! Trzeba tam wrócić.
No i nie chwaląc się wcale, dawałam rade z moim hiszpańskim!

Strasznie się na nas uwziął, posunął się nawet do tego, żeby popalić hamulce, zwinąć nasze auto w

Lourdes to w ogóle jakaś porażka totalna. Maryjny Ciechocinek.
Nie umarłam z nudów i mdłości tylko dlatego, że robienie zdjęc było zabronione (sic!) Tak, tak.
Przynajmniej miałam jakąś najmniejszą na swiecie dozę frajdy, że grzeszę, czy coś...
Ale P. się uparł, że musi babci przywieźć wodę ze świętego źródełka.....(no comment!). Dogryzania nie było końca, jak się dobrałyśmy w trójkę. Oto zakazane zdjęcia:


Cudowne widoki po drodze i z 25C

do minus nie wiem ilu >> w jeden dzien! I już poczułam zapach nart!
Nareszcie





piątek, 14 listopada 2008
London Stansted
Bym zapomniała. Podróże z jednej strony uczą nas tolerancji, poszerzają horyzonty, otwierają umysł, pokazują nowe perspektywy, punkty widzenia, nowe zachowania. Więcej mieści nam się w głowie, mniej nas dziwi. Bo ludzie choć inni to niestraszni i tak na prawdę wszyscy mamy te same problemy. Ale nie. Bo jeżeli istotnie mniej już mnie dziwi, to jakieś tam rasistowskie pierwiastki się narodziły. Spotykamy ludzi z rożnych kultur i wyrabiamy jakaś tam opinie na ich temat.
ANGOLE:
Wczoraj w restauracji obsługiwałam lordowską parkę. Moja patronka zwróciła mi uwagę, że zbyt wcześnie podaję chleb.
- Ale oni sobie tak życzyli.
- Ah, to angole, to w porządku. A masła nie chcieli? (śmiech) Angole zawsze chcą masło.
- Nie.
- A to ciekawe!
I oczywiście przyniosłam chleb i musiałam isc jeszcze po masło.
Oczywiście było jeszcze ze w sałatce ma nie być grzybów a warzywa maja być na osobnym talerzu.
Ale najbardziej mnie wpierniczyli na lotnisku.
Normalnie walczyłam o honor ojczyzny!!!
W Bydgoszczy uciekłam przed wagą (dopuszczalny podręczny 10, ja miałam o 7 za dużo) skorzystawszy z nieuwagi pana w pomarańczowej kamizelce. Na rentgenie zapytali tylko co mam w słoiku, konfiturę z domu (najlepsza na świecie konfitura mamy z wiśni i płatków roży!), ok.
No to jak ok, to ok.
Ale nie, angole musieli się przyp..atyczkowac
I bezczelnie koleś otworzył słoik żeby mi udowodnić ze to jest "LIQUID" a to kunda mać nie był liquid tylko gęsta masa (pól kilo owoców na 100g konfitury), wiec ja mu przechylam rękę żeby było do góry dnem żeby zobaczył ze to nie liquid. Oczywiście gul mu skoczył i chciał mnie wyrzucić z odprawy, walczyłam jak o ojczyznę, jak można wyrzucić do śmieci konfiturę mamy!!!!!!!
Wściekła byłam cały dzień i do teraz obrywa się za to angielskim erasmusom w Pau....
AFRYKA:
Wystarczy ze powiesz cześć i się uśmiechniesz to już sikają pod siebie... Jeśli oczywiście jesteś dziewczyną:)
ANGOLE:
Wczoraj w restauracji obsługiwałam lordowską parkę. Moja patronka zwróciła mi uwagę, że zbyt wcześnie podaję chleb.
- Ale oni sobie tak życzyli.
- Ah, to angole, to w porządku. A masła nie chcieli? (śmiech) Angole zawsze chcą masło.
- Nie.
- A to ciekawe!
I oczywiście przyniosłam chleb i musiałam isc jeszcze po masło.
Oczywiście było jeszcze ze w sałatce ma nie być grzybów a warzywa maja być na osobnym talerzu.
Ale najbardziej mnie wpierniczyli na lotnisku.
Normalnie walczyłam o honor ojczyzny!!!
W Bydgoszczy uciekłam przed wagą (dopuszczalny podręczny 10, ja miałam o 7 za dużo) skorzystawszy z nieuwagi pana w pomarańczowej kamizelce. Na rentgenie zapytali tylko co mam w słoiku, konfiturę z domu (najlepsza na świecie konfitura mamy z wiśni i płatków roży!), ok.
No to jak ok, to ok.
Ale nie, angole musieli się przyp..atyczkowac
I bezczelnie koleś otworzył słoik żeby mi udowodnić ze to jest "LIQUID" a to kunda mać nie był liquid tylko gęsta masa (pól kilo owoców na 100g konfitury), wiec ja mu przechylam rękę żeby było do góry dnem żeby zobaczył ze to nie liquid. Oczywiście gul mu skoczył i chciał mnie wyrzucić z odprawy, walczyłam jak o ojczyznę, jak można wyrzucić do śmieci konfiturę mamy!!!!!!!
Wściekła byłam cały dzień i do teraz obrywa się za to angielskim erasmusom w Pau....
AFRYKA:
Wystarczy ze powiesz cześć i się uśmiechniesz to już sikają pod siebie... Jeśli oczywiście jesteś dziewczyną:)
czwartek, 13 listopada 2008
Reorganizacja pełną gębą
Zapłaciłam za net Nigeryjczykowi. Ale dużo lepiej nie jest, będzie trzeba jeszcze zachachmęcić w tym temacie.
Dostałam wczoraj prace w restauracji. Tzn na razie okres próbny. Jak to rady mojego sąsiada: "Pamiętaj, trzeba mówić ze umiesz wszystko!". Zobaczymy. Nic jeszcze nie wiem, ani co z napiwkami, anie jaki strój, ani czy nakarmią, ani czy będą dawać wolne na narty. Początek sezonu za 2 tygodnie!!!!!!!!!!!!!!
Wszyscy mi wszystko dają na krechę. Zgadza sie chyba z tymi badaniami amerykanskimi ze ludzie o dużych niebieskich oczach i wysokim czole wzbudzaja wieksze zaufanie bo to przypomina twarz dziecka, i dostaja mniejsze wyroki. Albo tu po prostu tak jest.
Genialne są rozmowy ludzi w malych sklepikach. W Lecrercu kupuje juz tylko to czego nie znajde w pobliskich sklepikach. Charcuterie z pysznymi wedlinami, Boulangerie z bagietkami (te juz nie wszystkie w ogole smak maja) Zawsze mi sie podobal klimat takich sklepikow "Dzien dobry pani Kowalska, jak zdrówko" brzmi troche inaczej niz "Bonjour Madamme Maréchal, ça va bien?" Melodia tego języka jest inna, po prostu stworzona do pogaduszek. Akcentowanie, emocje, można modelowac jak się chce. A potem (zasłyszane dosłownie wczoraj ekspedientka ok 40 lat do klienta 2 razy starszego) : "Allez Monsieur Gouillot, a bientot!" w dosłownym tlumaczeniu moznaby przelozyc: "No idz juz Panie Gouillot, na razie!" :)
Dostałam wczoraj prace w restauracji. Tzn na razie okres próbny. Jak to rady mojego sąsiada: "Pamiętaj, trzeba mówić ze umiesz wszystko!". Zobaczymy. Nic jeszcze nie wiem, ani co z napiwkami, anie jaki strój, ani czy nakarmią, ani czy będą dawać wolne na narty. Początek sezonu za 2 tygodnie!!!!!!!!!!!!!!
Wszyscy mi wszystko dają na krechę. Zgadza sie chyba z tymi badaniami amerykanskimi ze ludzie o dużych niebieskich oczach i wysokim czole wzbudzaja wieksze zaufanie bo to przypomina twarz dziecka, i dostaja mniejsze wyroki. Albo tu po prostu tak jest.
Genialne są rozmowy ludzi w malych sklepikach. W Lecrercu kupuje juz tylko to czego nie znajde w pobliskich sklepikach. Charcuterie z pysznymi wedlinami, Boulangerie z bagietkami (te juz nie wszystkie w ogole smak maja) Zawsze mi sie podobal klimat takich sklepikow "Dzien dobry pani Kowalska, jak zdrówko" brzmi troche inaczej niz "Bonjour Madamme Maréchal, ça va bien?" Melodia tego języka jest inna, po prostu stworzona do pogaduszek. Akcentowanie, emocje, można modelowac jak się chce. A potem (zasłyszane dosłownie wczoraj ekspedientka ok 40 lat do klienta 2 razy starszego) : "Allez Monsieur Gouillot, a bientot!" w dosłownym tlumaczeniu moznaby przelozyc: "No idz juz Panie Gouillot, na razie!" :)
czwartek, 6 listopada 2008
Ciepło Zimno
Tak szpanowalam w Polsce "a u mnie we Francji to na krótki rękawek ciepło". Istotnie jak wyjezdzalam to tak bylo... Ale po tych 10 dniach zimno i pada i zimno i pada... Brrr!!!
Troche sie pozmienialo
Czysty kibel dla polowy pietra to nie tylko kwestia komfortu zalatwiania potrzeb fizjologicznych. To tez niepozbawianie przyjemnosci wracania do domu, bo przeciez przez kibel trzeba przejsc zeby dotrzec do naszego schowanego korytarzyka.
Niestety po wolnym na Halloween panią od sprzątania wciągnely jakies moce do Hadesu czy innego ciemnego lochu bo niebylo sprzatane juz chyba z tydzien...
Moj niewolnik z samochodem sie wyprowadzil, a ten z internetem ma teraz dziewczynę wiec bede miala na tyle przyzwoitosci i nie bede siedziec u niego na necie jak oni zajmują sie sobą.
Trzeba wiec sie przeorganizowac i znalezc sobie inne ofiary.
Tylko ceny sie nie zmienily...
Troche sie pozmienialo
Czysty kibel dla polowy pietra to nie tylko kwestia komfortu zalatwiania potrzeb fizjologicznych. To tez niepozbawianie przyjemnosci wracania do domu, bo przeciez przez kibel trzeba przejsc zeby dotrzec do naszego schowanego korytarzyka.
Niestety po wolnym na Halloween panią od sprzątania wciągnely jakies moce do Hadesu czy innego ciemnego lochu bo niebylo sprzatane juz chyba z tydzien...
Moj niewolnik z samochodem sie wyprowadzil, a ten z internetem ma teraz dziewczynę wiec bede miala na tyle przyzwoitosci i nie bede siedziec u niego na necie jak oni zajmują sie sobą.
Trzeba wiec sie przeorganizowac i znalezc sobie inne ofiary.
Tylko ceny sie nie zmienily...
wtorek, 21 października 2008
5772,83
Wielkie wielkie oczy.... Przez 40 dni we Francji wydałam 5772,83 zł.... Grant Erasmusa na cały semestr wynosił 4300zł. Był jeszcze po starym kursie euro, na czym tez parę stówek jestem w plecy. No nic, trzeba iść do pracy jak chce tam na nartach pojeździć...
Polska jest w gruncie rzeczy zajebista... No gdyby nie kilka szczegółów...
Jestem w domu przez tydzień to trochę zaoszczędzę. Aż mi się śmiać chciało jak zobaczyłam kebab za 5zł w Toruniu. To jest 1 Euro z groszami, czyli nic we Francji. I nigdy wcześniej tak mi się nie podobał mój dom, mój pokój, teraz mieszkam w pałacu!!!
A co ciekawe, pierwszy raz stanęłam prosto do hymnu i z dumą normalnie stałam! Przed meczem finałowym o DMP, na który to zresztą specjalnie przyjechałam. Jeszcze bardziej teraz czuję się Polką i Torunianką. Swoją drogą we Francji zwykle mnie pytają czy jestem z Anglii. Odpowiadam, że jestem Polką, oni na to, że "ooooo! to doobrze! Bo Angielki są niefajne".
Polska jest w gruncie rzeczy zajebista... No gdyby nie kilka szczegółów...
Jestem w domu przez tydzień to trochę zaoszczędzę. Aż mi się śmiać chciało jak zobaczyłam kebab za 5zł w Toruniu. To jest 1 Euro z groszami, czyli nic we Francji. I nigdy wcześniej tak mi się nie podobał mój dom, mój pokój, teraz mieszkam w pałacu!!!
A co ciekawe, pierwszy raz stanęłam prosto do hymnu i z dumą normalnie stałam! Przed meczem finałowym o DMP, na który to zresztą specjalnie przyjechałam. Jeszcze bardziej teraz czuję się Polką i Torunianką. Swoją drogą we Francji zwykle mnie pytają czy jestem z Anglii. Odpowiadam, że jestem Polką, oni na to, że "ooooo! to doobrze! Bo Angielki są niefajne".
poniedziałek, 20 października 2008
Zimno i Vodka
Co przeciętny niepolak wie o Polsce...
że mamy gospodarkę wolnorynkową - 0% ankietowanych
że nie jesteśmy częścią ZSRR - 1%
że jesteśmy w Unii Europejskiej - 1%
że jesteśmy republiką - 1%
że coś z bliźniakami - 2%
że mamy kolorowe telewizory - 10%
że jest dużo katolików - 20%
że jest zimno - 70%
że jest wódka - 100%
że mamy gospodarkę wolnorynkową - 0% ankietowanych
że nie jesteśmy częścią ZSRR - 1%
że jesteśmy w Unii Europejskiej - 1%
że jesteśmy republiką - 1%
że coś z bliźniakami - 2%
że mamy kolorowe telewizory - 10%
że jest dużo katolików - 20%
że jest zimno - 70%
że jest wódka - 100%
Obywatelu, teraz możesz
Fe Francji musisz być głodny miedzy godziną 12 a 14 lub/i 19-22. Ochotę na tańczenie powinieneś mieć najwcześniej od 1 w nocy, bo wtedy otwierają kluby taneczne. Wychodzą z założenia, że ludzie dopiero o tej godzinie są wystarczająco pijani żeby tańczyć? Wejścia są płatne bo nikt już nie kupuje tam alkoholu wiec na czymś muszą zarabiać. Halo! Nie kupują bo wszyscy napili się już wcześniej.
środa, 15 października 2008
Desinsekcja
Będą wypleniać karaluchy z akademika! Najpierw jednak wywalają ludzi. Jutro ma nas nie być cały dzień. Wszystkich. Czuje, że będzie niezła wojna:) Jadę więc w skały jutro powspinac się trochę. Mam nadzieje że z moim okiem jutro będzie lepiej. "Coś" mnie ugryzło w nocy w powiekę, byłam u lekarza. Tyle, że na ubezpieczenie znajomego z akademika:P Tu jak masz ubezpieczenie to przychodzisz do lekarza, dajesz karte i nic nie placisz, wykupienie recepty tez jest za darmo. Z lekarzem sie ugadaliśmy a potem w aptece troche sie babka spojrzała spodełba, jak zobaczyła, gdy już wychodzilismy, że to ja mam cos nie tak z okiem a nie on:)
Szczerze to mam dosyc niezydentyfikowanych pogryzien, to nie pierwsze:/ Moze nie tylko karaluchy tu są?
Szczerze to mam dosyc niezydentyfikowanych pogryzien, to nie pierwsze:/ Moze nie tylko karaluchy tu są?
Clope
Polubiłam swoją szczurzą norę, a może sobie wmawiam? Bo jak można polubić taką fatalną klitkę, ze starym oślizłym ciemnym linoleum, nie mytymi od 20 lat roletami, nieotwierającym się oknem, niezamykającą się szafą, popękaną umywalką z 2 kranami, jeden z lodowatą wodą, drugi z wrzątkiem (zamarznąć czy spłonąć - wybór należy do ciebie). Tak czy siak, skutecznie:) Zapali się lampkę, świeczki, jest ok.
Ale czasem tęskno za domem. Własnym prysznicem, bez cudzych włosów no i własnym kibelkiem... Nigdy nie myślalam, że mogę tak bardzo tęsknic za czytaniem gazety na swoim własnym klopie! Swoją drogą clope, czytane [klop] to po francusku szlug. Mialam to na zajęciach ostatnio i oczywiście roześmiałam się głośno, potem musiałam wszystkim tłumaczyc dlaczego. No i teraz pewnie juz poszedł w swiad stereotyp o polskim poczuciu humoru:) Co do rodzajnika, une clope czy un clope, to słyszałam wersję, że un clope to cały papieros a une clope to kip:)
Ale czasem tęskno za domem. Własnym prysznicem, bez cudzych włosów no i własnym kibelkiem... Nigdy nie myślalam, że mogę tak bardzo tęsknic za czytaniem gazety na swoim własnym klopie! Swoją drogą clope, czytane [klop] to po francusku szlug. Mialam to na zajęciach ostatnio i oczywiście roześmiałam się głośno, potem musiałam wszystkim tłumaczyc dlaczego. No i teraz pewnie juz poszedł w swiad stereotyp o polskim poczuciu humoru:) Co do rodzajnika, une clope czy un clope, to słyszałam wersję, że un clope to cały papieros a une clope to kip:)
Drożyzna
Robie zakupy w Lerlercu, przy kasie chce zapłacić kartą, jak zwykle, ale nie chce przyjąć. Oczywiście szukam problemu u nich, ale panna mi mówi, że pewnie nie mam środków na koncie. Nieee - mówie - to niemożliwe, tam jest jeszcze mnóstwo pieniędzy!!! Przeciez dostalam stypendium erasmusa na 4 miesiące. Musi byc inny powód! Pewnie nie przyjmuje Visa electron dzis, albo coś...
No i się zdziwiłam gdy zalogowałam się do WBK24 i zobaczyłam debet na koncie...
Cholernie tu drogo.....
Srednio zakupy w hipermarkecie robie 2 razy w tygodniu - po 30 E
Akademik - 130 E
Bagietka (traci swiezosc po 2h...) - 1.20 E
Croissant - 0.80 E
Chleb - 2-3 E
Piwo 0,5 w pubie - 6 E
Whiskey 25 z cola - 9 E
Obiad na miescie 2 osoby bez picia - 30 E
1 Pizza (ale cholernie dobra w Etnie przy chateaux) - 10-11 E
Kawa w knajpie - 3 E
Sandwich, kebab - 4 E
Lody, moje ulubione od Georga - 4 E
Karta Open na sport na uniwerku 15 E + po 20 E od dyscypliny
Jedna rzecz jest tania - obiad w kantynie studenckiej - 2.85 E za danie do wyboru z okolo 3-5 rzeczy, plus mała bagietka, deser (jogurt, serek) + surówka. Super. I dają nawet czasem KANGURA!!!!!! Pycha! Nie wiem czemu spośród erasmusów jadłam go tylko ja i Rebecca - Australijka ;-) Co za różnica, mięso to mięso, kiedyś żyło, nie bądźmy hipokrytami. I jeszcze jakie dobre!
No i się zdziwiłam gdy zalogowałam się do WBK24 i zobaczyłam debet na koncie...
Cholernie tu drogo.....
Srednio zakupy w hipermarkecie robie 2 razy w tygodniu - po 30 E
Akademik - 130 E
Bagietka (traci swiezosc po 2h...) - 1.20 E
Croissant - 0.80 E
Chleb - 2-3 E
Piwo 0,5 w pubie - 6 E
Whiskey 25 z cola - 9 E
Obiad na miescie 2 osoby bez picia - 30 E
1 Pizza (ale cholernie dobra w Etnie przy chateaux) - 10-11 E
Kawa w knajpie - 3 E
Sandwich, kebab - 4 E
Lody, moje ulubione od Georga - 4 E
Karta Open na sport na uniwerku 15 E + po 20 E od dyscypliny
Jedna rzecz jest tania - obiad w kantynie studenckiej - 2.85 E za danie do wyboru z okolo 3-5 rzeczy, plus mała bagietka, deser (jogurt, serek) + surówka. Super. I dają nawet czasem KANGURA!!!!!! Pycha! Nie wiem czemu spośród erasmusów jadłam go tylko ja i Rebecca - Australijka ;-) Co za różnica, mięso to mięso, kiedyś żyło, nie bądźmy hipokrytami. I jeszcze jakie dobre!
wtorek, 14 października 2008
Może lesbijka pomoże
Afrykańcy wszelkiej maści widzą we mnie dosłownie boginię, wszyscy bez wyjątku. Muszę rozbroić tę bombę... Mówienie, że mam chłopaka, nie pomaga, spróbuję więc chwytu z lesbijką, może się odczepią?
poniedziałek, 13 października 2008
Avenue de Saragosse
Dowiedziałam się jeszcze, że mieszkam w najniebezpieczniejszej narkotykowej dzielnicy.
A myślałam, że ten podpalony samochód w parku pod moim oknem to normalka ;-)
A myślałam, że ten podpalony samochód w parku pod moim oknem to normalka ;-)
Pokój miłości i susiak na wyłącznośc
Podróżowanie autostopem ma funkcje szalenie edukacyjną. 
Zawsze czegoś się dowiaduje od kierowców.Tym razem pojechałyśmy z Kaska we 2. Zostawilysmy nasze kozy na wylocie z miasta.
W te i z powrotem było łącznie 5 samochodów. Żadnego nie łapałyśmy dłużej niż 10 minut, a 2 pierwsze złapałyśmy w minutę. Wysoki chudy tyczkowaty facet woził nas po jakiś wertepach żeby
wywieźć na wylotówkę gdzie złapałyśmy siwego sprzedawcę bajek, który jechał na targi książki w czerwonym swetrze i pod krawatem. Przeuroczy:)
Potem młoda parka podrzuciła nas pod sam dworzec, gdzie spotkaliśmy się z erasmusowymi dziećmi, które bały się jechać stopem i zapłaciły po 30 Euro za pociag. Podroż zajęła im dokładnie tyle samo czasu co nam. Koło plaży "chambre d'amour" jest świetna knajpa gdzie maja pyszna pizze, nazywa się "come-di".
Tego dnia zrobilismy sobie przejazdzke rowerową po Bayonne, rzadko to mówie, ale ciekawe miasto. Problem z mieszkaniami polega na tym, że, jak widac na zdjeciu, kamienice są cholernie wąskie i dlugie, przez co mieszkanie ma przykladowo 4x2om, czyli jest duze powierzchniowo ale troche kijowo tak mieszkac z jednym oknem na szczycie, jak w ogórku:) Maja tu słynną czekolade,czylicos co mnie interesowało najbardziej i na co poszło 30 Euro. Ta czekolada to spuscizna po Żydach portugalskich, którzy uciekli do Bayonne w czasie inkwizycji. Wieczorem zainstalowaliśmy się w auberge de jeunesse i poszybowaliśmy na plażę i do baru apres sufr. Po powrocie do schroniska zaliczyłam jeszcze parę pogawędek w komunalnej łazience o 3 w nocy. Dostałam teoretyczne lekcje surfingu na dzień następny od Michela, Amerykano-Szwajcaro-Szweda, któremu pożyczyłam ręcznik. Mieszaliśmy angielski z francuskim i dogadaliśmy się świetnie. Najgorzej jest zrozumieć Angoli. Fatalny maja ten akcent, ŁooOOOoooołta (water), NooOOOooooomli (normally).
Jest taka brytyjka z wydłużoną twarzą jak mówi z akcentem to jakby włączyć deformacje dźwięku. I brytyjczyk, na zdjeciu po lewej:) Masakra:D
Spowrotem trzeba było się wydostać z Anglet do Bayonne. Stanęłyśmy na przystanku, nikogo nigdzie. Jada jeepem chłopacy, którzy byli tez w schronisku. Patrzą z pode łba co my robimy. Po 2 minutach wracają z drugiej strony, znowu się gapia i machają do nas. Przejechali. Po kolejnych 2 minutach znowu jadą i tym razem się zatrzymują. "What the fuck is this PAU??".
No i z tłocząc sie z deskami surfingowymi podjechałyśmy na wylotówkę ze szwajcarami, którzy słuchali Paktofoniki w samochodzie:) dam głowę ze byli zjarani. Kręcili się po rondzie i prawie przychrzanili w kolesia. Ja wtedy przychrzaniłam w deskę surfingowa. Z wylotówki złapałyśmy kolesia z Pau, ktory siedział rok w chinach i teraz wiem juz czemu chinolom się popieprzyło i nie zczaili ogłoszenia z rowerem. Podróze kształcą:)
Okazuje się ze po chińsku sprzedawać i kupować to praktycznie ten sam czasownik, rożni się tylko akcentem. Fonetycznie jest to mniej więcej "maaj" i "maj" (jedno ma akcent w gore, drugie w dół).


W te i z powrotem było łącznie 5 samochodów. Żadnego nie łapałyśmy dłużej niż 10 minut, a 2 pierwsze złapałyśmy w minutę. Wysoki chudy tyczkowaty facet woził nas po jakiś wertepach żeby

Potem młoda parka podrzuciła nas pod sam dworzec, gdzie spotkaliśmy się z erasmusowymi dziećmi, które bały się jechać stopem i zapłaciły po 30 Euro za pociag. Podroż zajęła im dokładnie tyle samo czasu co nam. Koło plaży "chambre d'amour" jest świetna knajpa gdzie maja pyszna pizze, nazywa się "come-di".


Spowrotem trzeba było się wydostać z Anglet do Bayonne. Stanęłyśmy na przystanku, nikogo nigdzie. Jada jeepem chłopacy, którzy byli tez w schronisku. Patrzą z pode łba co my robimy. Po 2 minutach wracają z drugiej strony, znowu się gapia i machają do nas. Przejechali. Po kolejnych 2 minutach znowu jadą i tym razem się zatrzymują. "What the fuck is this PAU??".

Okazuje się ze po chińsku sprzedawać i kupować to praktycznie ten sam czasownik, rożni się tylko akcentem. Fonetycznie jest to mniej więcej "maaj" i "maj" (jedno ma akcent w gore, drugie w dół).
piątek, 10 października 2008
Nowincjusze
Co jest do jasnej cholery?!
Ok, rozumiem, Algierczyk który nigdy nie pił, choć jest ateistą, to jednak dorastający tradycyjnie w kraju, jak by nie było, muzułmańskim, tam się po prostu nie pije.
Rozumiem (ale już mniej), że gdzieś tam, ktoś tam, z jakiś powodów może obawiac się podróżowania stopem.
Ale w głowie mi się nie mieści, jak to możliwe, żeby Hiszpan, 20 latek, nie umiał jeździć na rowerze,
albo Brazylijczyk, jego rówieśnik, żeby nigdy nie jeździł rowerem po ulicy!
Ok, rozumiem, Algierczyk który nigdy nie pił, choć jest ateistą, to jednak dorastający tradycyjnie w kraju, jak by nie było, muzułmańskim, tam się po prostu nie pije.
Rozumiem (ale już mniej), że gdzieś tam, ktoś tam, z jakiś powodów może obawiac się podróżowania stopem.
Ale w głowie mi się nie mieści, jak to możliwe, żeby Hiszpan, 20 latek, nie umiał jeździć na rowerze,
albo Brazylijczyk, jego rówieśnik, żeby nigdy nie jeździł rowerem po ulicy!
Zitumbuwa
Ostatnio się szwędam po salonach:) Proszone obiadki i darmowe lunche:) Byłam wczoraj w knajpie afrykańskiej, okazało się, że mąż matrony jest Polakiem więc nie obeszło się bez niecierpiących odmowy aperitiwów i diżestiwów. Nie powiedzieli mi co to było ale smakowało jak marcepanowa wódka z migdałów. Rewelacja. Najlepsze były kielonki, gruba porcelana z dziurą wewnątrz patrząc od góry, na dnie goła baba, którą ... wypijasz. W pustym kieliszku jej nie ma:) Nie zwinęłam go tylko dlatego, że matrona byla zbyt miła i za bardzo chcę tam wrocic bo i jedzenie bylo swietne;-) Zamiast ziemniaków smażone banany. Specjalne jakies oczywiscie. Chyba nazywa się to Zitumbuwa. Krewetki z ananasem w zupełnie nowych przyprawach i wino z palmy. Biale jak woda z wapnem. Ale smakowało super.
Śnieg
sobota, 4 października 2008
Ile to 2 piwa
Poszliśmy do pubu "Garage". Na początku należy zaznaczyć, ze tu dwa piwa to u nas jedno, bo domyślna pojemność pokala to 0,25 l.
Wypiliśmy po jednym, czyli na moje po pół piwa :) Po czym Idir, rodak Zizu, wypił jeszcze łyka i powiedział, że właśnie przekroczył swoją granicę, nigdy nie wypił więcej alkoholu niż ćwierć litra jasnego piwa. A swoje pierwsze wypił tu we Francji mając 25 lat. Szukaj w Polsce faceta, normalnego, zabawnego, inteligentnego i baaardzo towarzyskiego, który nigdy nie pił i nie palił. Jeśli ktoś taki żyje w Polsce to bardzo proszę się wpisać do księgi rekordów:)
Parę dni temu kupiliśmy wino, różowe na początek, będziemy przecież zaczynać od Shiraz:) Idir spróbował, 13,5% przełykał jak Polacy przełykają czysty spiryt. Cytryna na twarzy i "ale gorąco w przełyku!". Niedobre, gorzkie, cierpkie, ja poproszę sok:) No to już nie mogę się doczekać kiedy poczęstujemy go naszym polskim 40% trunkiem ;>


Parę dni temu kupiliśmy wino, różowe na początek, będziemy przecież zaczynać od Shiraz:) Idir spróbował, 13,5% przełykał jak Polacy przełykają czysty spiryt. Cytryna na twarzy i "ale gorąco w przełyku!". Niedobre, gorzkie, cierpkie, ja poproszę sok:) No to już nie mogę się doczekać kiedy poczęstujemy go naszym polskim 40% trunkiem ;>
Stopem do Biarritz i o relacjach damsko-męskich
Miała jechać duża ekipa i turniej autostopowy ale prawie wszyscy speniali. Cieniasy. Tulio, Brazylijczyk (mój erasmusowy młodszy brat, lub też synek jak kto woli, bo przywarła do mnie ksywka"mummy") strasznie się napalił, bo nigdy wcześniej tego nie robił. Generalnie widać, że imponują mu moje wyczyny;> Gdy jednak zaczął namawiać pozostałych, przestraszyło się biedaczysko. Wszyscy odmawiali, bo to niebezpieczne, bo zabójcy, gwałciciele, hyyyyy!... Nie zapomnę tych wielkich czarnych przerażonych oczu Tulia, który nawet do rodziców zadzwonił ze strachu.
Potem George mi wytłumaczył brazylijskie realia, że tam to jest nie do pomyślenia więc wzięłam Tulio na stronę i pogadałam z nim trochę, żeby go uspokoić. Jak na mummy przystało. Stanęło na tym, że my z Kasia o 8 rano będziemy na placu i ruszamy łapać stopa na rondzie. Kto chce, niech przyjdzie. I przyszli, byłam dumna ze swojego młodszego brata;) Połączyliśmy się w dwie polsko-brazylijskie pary i postanowiliśmy zrobić zawody. Gdzie meta w Biarritz?
Tulio wyjął przewodnik po Francji i z Biarritz było tam jedno zdjęcie. Postanowiliśmy spotkać się tam, skąd będzie dokładnie taki widok jak na zdjęciu z przewodnika, więc poziom ekspert od samego początku:)
Drugiej ekipie zatrzymał się koleś, który miał 4 miejsca więc wsiedliśmy wszyscy, dobiegliśmy do nich. Przyznalismy zwycięstwo drużynie z damskim zawodnikiem o blond czuprynie ale jak się potem okazało Patrick, który nas zabrał, chciał wziąć nas, ale byliśmy na rondzie i dlatego zatrzymał się dalej, a tam było już bliżej do drugiej ekipy. Patrick, Kongijczyk, nie jechał do Biarritz tylko w połowę drogi. Ale powiedział, że i tak dziś nie ma co robić wiec jak go zaprosimy to pojedzie z nami do Biarritz się wykąpać i wrócimy razem.Tym sposobem zyskaliśmy nowego kumpla.
Wjechaliśy do miasta, pokluczyliśmy trochę i zanurkowaliśmy w podziemny parking. Winda wypluwa nas z podziemii na jakiś plac. Plac, z któregobył dokładnie taki widok:)
Okazało się, że koleś ma niezłą historię, służył w wojsku przez 8 lat, ma 11 rodzeństwa, rodzice nie żyją, przyjaciele pozabijani na wojnie. Zostawił to 2 lata temu i chce ułożyć sobie normalne życie. Rozmawialiśmy długo, narzekał, że Francuzki są beznadziejne, że szukają tylko faceta na przygodny seks, większości nie interesują poważne związki. Ja mu na to, jedz szuka żony do Polski. Powiedział, że nie jestem pierwszą osobą, która mu to mówi. Potem jeszcze gadaliśmy, gadaliśmy i on mi wypala, że jak bym zgodziła się to on by ze mną wyjechał do Polski, chciałby poznać tę kulturę bliżej i przyjąć ją jako swoją, osiedlić się, mieć dużo dzieci i wieść spokojne życie. Ciekawe to jest, że im bardziej jedna płeć w społeczeństwie kieruje się w stronę jakiś wartości, tym bardziej druga kieruje się w stronę przeciwnych. Laski tu są kopcą strasznie, piją, ćpają, a faceci są spokojniejsi i częściej szukają poważnego związku. Generalizując w Polsce jest raczej na odwrót. Może dlatego dużo Polek wychodzi za obcokrajowców. No, poza kwestią niekwestionowanej urody polskich dziewczyn sile przyciągania g=10.
Potem George mi wytłumaczył brazylijskie realia, że tam to jest nie do pomyślenia więc wzięłam Tulio na stronę i pogadałam z nim trochę, żeby go uspokoić. Jak na mummy przystało. Stanęło na tym, że my z Kasia o 8 rano będziemy na placu i ruszamy łapać stopa na rondzie. Kto chce, niech przyjdzie. I przyszli, byłam dumna ze swojego młodszego brata;) Połączyliśmy się w dwie polsko-brazylijskie pary i postanowiliśmy zrobić zawody. Gdzie meta w Biarritz?

Drugiej ekipie zatrzymał się koleś, który miał 4 miejsca więc wsiedliśmy wszyscy, dobiegliśmy do nich. Przyznalismy zwycięstwo drużynie z damskim zawodnikiem o blond czuprynie ale jak się potem okazało Patrick, który nas zabrał, chciał wziąć nas, ale byliśmy na rondzie i dlatego zatrzymał się dalej, a tam było już bliżej do drugiej ekipy. Patrick, Kongijczyk, nie jechał do Biarritz tylko w połowę drogi. Ale powiedział, że i tak dziś nie ma co robić wiec jak go zaprosimy to pojedzie z nami do Biarritz się wykąpać i wrócimy razem.Tym sposobem zyskaliśmy nowego kumpla.
Wjechaliśy do miasta, pokluczyliśmy trochę i zanurkowaliśmy w podziemny parking. Winda wypluwa nas z podziemii na jakiś plac. Plac, z któregobył dokładnie taki widok:)

Okazało się, że koleś ma niezłą historię, służył w wojsku przez 8 lat, ma 11 rodzeństwa, rodzice nie żyją, przyjaciele pozabijani na wojnie. Zostawił to 2 lata temu i chce ułożyć sobie normalne życie. Rozmawialiśmy długo, narzekał, że Francuzki są beznadziejne, że szukają tylko faceta na przygodny seks, większości nie interesują poważne związki. Ja mu na to, jedz szuka żony do Polski. Powiedział, że nie jestem pierwszą osobą, która mu to mówi. Potem jeszcze gadaliśmy, gadaliśmy i on mi wypala, że jak bym zgodziła się to on by ze mną wyjechał do Polski, chciałby poznać tę kulturę bliżej i przyjąć ją jako swoją, osiedlić się, mieć dużo dzieci i wieść spokojne życie. Ciekawe to jest, że im bardziej jedna płeć w społeczeństwie kieruje się w stronę jakiś wartości, tym bardziej druga kieruje się w stronę przeciwnych. Laski tu są kopcą strasznie, piją, ćpają, a faceci są spokojniejsi i częściej szukają poważnego związku. Generalizując w Polsce jest raczej na odwrót. Może dlatego dużo Polek wychodzi za obcokrajowców. No, poza kwestią niekwestionowanej urody polskich dziewczyn sile przyciągania g=10.
piątek, 3 października 2008
Sport
W kwestii sportu póki co się nie zawiodłam. Jest bardzo dużo różnych zajęć sportowych, w większości bezpłatnie w ramach w-f, niekiedy symbolicznie. Tyle tego jest,że wybrać tylko 3 było mi trudno. Jest zaaaajebista sala gimnastyczna, jakiej u nas nawet w klubie nie było. Kosmiczne wyposażenie, co tylko ciało zapragnie. Plus porządny trening, a nie jakieś tam siury lury fikołki i sranie w banie. Na basenie z kolei rozpisany trening dla każdego toru i zasuwanko, a trener nie udaje ze sie opala. Wspinaczka we czwartek - cały dzień, na zajęcia chodzić nie trzeba, bo szanują tu przywilej dnia sportu i wuj. Czwartek więc albo cały siedzimy w skalach albo jak nie ma pogody na ścianie (rozmiar XXL). Dziś doszedł mi jeszcze jeden sport:D
Zapieprzanie na 11 piętro z buta schodek po kuśwa schodku, bo druga winda się popsuła. Tę pierwszą, jeżdżącą niegdyś na parzyste piętra, naprawiają już od roku, więc rokowania wzrostu formy i wytrzymałości są baaardzo dobre:D
Tylko wywiesili kartkę "hors service". I nie oznacza to godzin serwisowania:)
Zapieprzanie na 11 piętro z buta schodek po kuśwa schodku, bo druga winda się popsuła. Tę pierwszą, jeżdżącą niegdyś na parzyste piętra, naprawiają już od roku, więc rokowania wzrostu formy i wytrzymałości są baaardzo dobre:D
Tylko wywiesili kartkę "hors service". I nie oznacza to godzin serwisowania:)
Sąsiad part II
Mam nowego niewolnika;-) Nerwowemu sąsiadowi strasznie głupio ze tak wyskoczył jak się masz Wojciech (tekst od Kasi, ze stolycy:D) na dobry początek znajomości. Nie może bidak tego przeboleć:D Wiec teraz mi gotuje, robi zakupy i wozi samochodem:DDD
Sąsiad
Spotkałam mojego nerwowego sąsiada wchodząc do windy (najlepsze miejsce spotkań) On właśnie z niej wychodził. Spytał się czy ca va. Oczywiście min swoich ukrywać nie potrafię, udawać nie umiem a z dyplomacja bywa rożnie, za to szczerość mam opanowana, więc mu powiedziałam, że kuśwa "ca va pas" i wcisnęłam 11e etage.
Impreza
W zasadzie pierwsze 2 tygodnie tu we Francji to była jedna wielka impreza erasmusowa, praktycznie non stop. Razem się bawiliśmy, razem jedliśmy, razem spaliśmy. I chyba wszyscy na początku tęskniliśmy za domem. No, może poza Brazylijczykami, którzy mają odwrotnie:) Dla mnie najgorsze sa początki, dla nich podobno końcówki:)
Któreś nocy wylądowaliśmy u mnie w pokoju w kilka osób. Była co prawda 3 rano. Ściany są tu tak cienkie, że słychać jak sąsiadowi burczy w brzuchu. Ledwie co zdążyliśmy wejść, w sumie to zbieraliśmy się bardziej do spania niż imprezowania ale sąsiad się przestraszył najwidoczniej ze przyszli zrobić pijacki melanż i za w czasu dla bezpieczeństwa zaczął wrzeszczeć ze zadzwoni na policje. Spakowaliśmy wiec nasze tyłki i dla świętego spokoju poszliśmy do pokoju Amaii, hiszpanki. Żeby tam właśnie jak jeden mąż posnąć. Więc nie było czego się obawiać, panie sąsiedzie.

Któreś nocy wylądowaliśmy u mnie w pokoju w kilka osób. Była co prawda 3 rano. Ściany są tu tak cienkie, że słychać jak sąsiadowi burczy w brzuchu. Ledwie co zdążyliśmy wejść, w sumie to zbieraliśmy się bardziej do spania niż imprezowania ale sąsiad się przestraszył najwidoczniej ze przyszli zrobić pijacki melanż i za w czasu dla bezpieczeństwa zaczął wrzeszczeć ze zadzwoni na policje. Spakowaliśmy wiec nasze tyłki i dla świętego spokoju poszliśmy do pokoju Amaii, hiszpanki. Żeby tam właśnie jak jeden mąż posnąć. Więc nie było czego się obawiać, panie sąsiedzie.
Skąd jestes?
W Polsce pytasz "skąd jestes?" - Z Warszawy, z Torunia, z Chełmży, z Wąchocka, z Pcimia Dolnego..
Tu ludzie odpowiadaja troche inaczej, powiedzmy bardziej ogolnikowo: - Z Martyniki, z Senegalu, z Algerii, z Brazylii, z Kongo, z Nigerii, z Turcji, z Malezji...
Tu ludzie odpowiadaja troche inaczej, powiedzmy bardziej ogolnikowo: - Z Martyniki, z Senegalu, z Algerii, z Brazylii, z Kongo, z Nigerii, z Turcji, z Malezji...
Li Shan
Kolejny chinczyk czytający po francusku od tyłu. Dostalam maila, w ktorym sie pyta jaki to jest rower, damski czy meski. Mam podejrzenia ze to jest ten sam chinczyk, to by bylo. Nie wiem jak wyglada ale i tak bym nie rozroznila. Teraz jak jakiegos spotykam to wszystkim czesc mowie bo wydaje mi sie ze to ten co chcial kupic rower. Wszyscy jacys tacy sami:/ i do tego aseksualni. Już bardziej mnie kręcą europejskie kobiety niz skosni faceci. I na dodatek penis po chinsku brzmi tak smiesznie "nieeeiiiiii-ci", z pluciem na"ci".
środa, 1 października 2008
Jackie
Pokoje są tak małe, że ledwie się mieszczą 4 osoby (chociaż wczoraj na wieczorną imprezę weszło 16:) niecałe 9m2 w tym "lazienka" (umywalka za scianką lub zasłonką) i u niektorych jeszcze lodówka (zajmująca ok 1/5 powierzchni pokoju). Generalnie nie ma gdzie się podziac chcąc posiedziec wieksza grupą, bo na salę naukową trzeba się zapisywac tydzien wczesniej. Podobnie jak na pranie. Tylko to w akademiku 30 minut piechota stąd,bo tu nie dziala od kilku miesiecy. Trzeba sie przyzwyczaic ze tu jak cos nie dziala to po prostu zostawiają status quo, wiec na działającą pralkę tu nie ma co liczyc. W Polsce wszystko "da sie załatwic", tutaj póki co nie moglam znalezc sposobu.
Az do dzis, i juz wiem dlaczego. Bo zawsze były baby.
Jackie, to nasz nocny stróż o wielkim brzuchu i jak to sie u nas mowi - sercu.
Ubabrał sie cały jak pomagal mi reperowac rower (tak, rozwalilam go juz nastepnego dnia po kupieniu), dał mi ladniejsze koce, moglam sobie wymienic zaslonke w pokoju na zieloną, i otworzyl mi pokój na 10 pietrze zebym sobie wymienila krzesla na 2 jednakowe i nowsze i jeszcze zgarnelam smietnik. Tylko mam nikomu nie mowic ze tak zrobilismy;-)
Az do dzis, i juz wiem dlaczego. Bo zawsze były baby.
Jackie, to nasz nocny stróż o wielkim brzuchu i jak to sie u nas mowi - sercu.
Ubabrał sie cały jak pomagal mi reperowac rower (tak, rozwalilam go juz nastepnego dnia po kupieniu), dał mi ladniejsze koce, moglam sobie wymienic zaslonke w pokoju na zieloną, i otworzyl mi pokój na 10 pietrze zebym sobie wymienila krzesla na 2 jednakowe i nowsze i jeszcze zgarnelam smietnik. Tylko mam nikomu nie mowic ze tak zrobilismy;-)
Urządzam się

Jednego dnia kupiłam wszystkie duże rzeczy, których było mi trzeba:
* Kuchenkę elektryczną z 2 palnikami - 20E
od 2 murzynek lesbijek, jak sądzę
* Rower (bez hamulców) - 30 E
od araba który go ukradł, jak sądzę
* Lodówkę - 40E
od Samby, który jej nie tańczy, jak sądzę
No i jeszcze kupiłam sobie murzyna za parę centów;>
Stoi po prawej:)
Misja dobiega końca:)
wtorek, 30 września 2008
Okno
Idę do strużynki bo w moim pokoju nie otwiera się okno, chcę, żeby mi je naprawili i czego się dowiaduję? Ze otwieranie okien w akademikach jest formalnie zabronione. Dlaczego? Ze względów bezpieczeństwa. No tak najłatwiej zrobić ze wszystkich dzieci lub potencjalnych samobójców żeby nie musieć odblokowywać tych starych okien.
Cappuccino
Jak chcesz się napić włoskiej kawy z gorącym mlekiem i pianką z mlekiem to nie pros cappuccino. Masz albo cafe au lait - zwykła biała. Albo cafe creme, ale o piankę musisz sie doprosic o "mousse" bo oni tu myślą że spieniacz służy tylko do podgrzewania mleka a pianka to skutek uboczny...
Zamawiając cappuccino dostaniesz kawe po wiedeńsku - czarna z bita śmietaną.
Nie wiem jeszcze co się dzieje jak zamawiasz po wiedeńsku.
Zamawiając cappuccino dostaniesz kawe po wiedeńsku - czarna z bita śmietaną.
Nie wiem jeszcze co się dzieje jak zamawiasz po wiedeńsku.
Pau jest bezpieczne
Koncert na placu Clemencau. Byłam, słyszałam, widziałam i do domu wrocilam. A tu sie okazuje ze tego dnia jakis koleś sledził kobiete idącą ulicą, zabił mężczyzne który szedł z nią a potem na bulwarze pirenejskim zaraz zaplacem popelnil samobójstwo. Teraz wiec Pau jest juz bezpieczne bo zabójca jest niegroźny.
poniedziałek, 29 września 2008
Kupię rower
Wywiesiłyśmy z Kaśką ogłoszenie, że chcemy kupić rower, jak byk stało:
"Je veux acheter un VELO".
Dzwoni Chinka, mówi że ma rower, że za 40 Euro, umawia się, trwa to z 10 minut żeby się dogadać, w końcu spotykamy się, przychodzi z CHIŃCZYKIEM. Ten mówi na wejściu:
- TO BARDZO KOBIECY ROWER, KOBIECY TAKI
Ja na to:
- Super, może być kobiecy. Chciałabym mieć taki z koszykiem. Ma koszyk?
- TAK, TAK, MA KOSZYK, MA!
- Super! Kobiecy rower z koszykiem! To może jeszcze jest różowy? To w ogóle byłaby barbie - żartuje sobie
- TAK, TAK, JEST RÓŻOWY, RÓŻOWY JEST!
- Ha, no to ekstra:) To który to?? (stoimy już dłuższą chwilę przy parkingu rowerów)
- .... Aaaa... TO WY TEŻ CHCIEĆ KUPIĆ ROWER?!
"Je veux acheter un VELO".
Dzwoni Chinka, mówi że ma rower, że za 40 Euro, umawia się, trwa to z 10 minut żeby się dogadać, w końcu spotykamy się, przychodzi z CHIŃCZYKIEM. Ten mówi na wejściu:
- TO BARDZO KOBIECY ROWER, KOBIECY TAKI
Ja na to:
- Super, może być kobiecy. Chciałabym mieć taki z koszykiem. Ma koszyk?
- TAK, TAK, MA KOSZYK, MA!
- Super! Kobiecy rower z koszykiem! To może jeszcze jest różowy? To w ogóle byłaby barbie - żartuje sobie
- TAK, TAK, JEST RÓŻOWY, RÓŻOWY JEST!
- Ha, no to ekstra:) To który to?? (stoimy już dłuższą chwilę przy parkingu rowerów)
- .... Aaaa... TO WY TEŻ CHCIEĆ KUPIĆ ROWER?!
Ali
Poznałam Ali'ego, jest z Nigerii, podobno Ali wszystko załatwi. Jak w skazani na Shawshang, faktycznie:) Ali nie umie parkować samochodu ale zawiózł mnie na pchli targ, żeby kupić rower. Ale byly same zdechłe. Kupiłam 8 książek, w tym 2 słowniki Larouss'a, 3 gazety o winie i zapłaciłam za to wszystko razem 1 Euro:) I figurkę murzyna, bo robię Afrykę w pokoju, żeby go trochę ocieplić. To moja mała misja.
Kuchnia chińska?
A mówią, że to Polacy złodzieje. W moim akademiku jest czarno i skośnie, 9 i 10 piętro okupowane przez ryżojedców. Zawsze walają się tam chińskie pałeczki.
Ktoś zwinął moje rzeczy z lodówki. Zrobiłam właśnie zakupy na weekend, więc łup był niezły. Ciekawe jak niezła będzie sraczka. Zemstę zaplanowałam. Kupuję Heineckena bo łatwo się otwiera, wsypuję porządną dawkę środków na przeczyszczenie, zamykam i wkładam do lodówki we wspólnej kuchni na 10 pietrze. Potem tylko nasłuchuje odgłosów z kibla żeby wytropić złodzieja.
Ktoś zwinął moje rzeczy z lodówki. Zrobiłam właśnie zakupy na weekend, więc łup był niezły. Ciekawe jak niezła będzie sraczka. Zemstę zaplanowałam. Kupuję Heineckena bo łatwo się otwiera, wsypuję porządną dawkę środków na przeczyszczenie, zamykam i wkładam do lodówki we wspólnej kuchni na 10 pietrze. Potem tylko nasłuchuje odgłosów z kibla żeby wytropić złodzieja.
Pierwszy dzień we Francji
Lotnisko w Bydgoszczy. 18 kg bagażu na półroczny wyjazd do Francji na studia. O 3 kg za dużo. Wyjmuję skórzany płaszcz i tym sposobem mam już na sobie 3 nakrycia wierzchnie. Ale przynajmniej wszystko ze mną jedzie. Stoję w kolejce do odprawy paszportowej i dzwonię do Pawła, bo wydawało mi się, że on też dziś miał lecieć do Londynu. "Tak, lecę do Anglii, właśnie wsiadłem do samolotu, ale nie do Londynu". Szkoda, myślę sobie, miałabym towarzystwo i w tym momencie zauważam w bramce Tomka. No to jednak z kimś jeszcze polecę zanim zostanę sama:) Świat jest taki mały.
Noc spędzam na lotnisku w Stansted. Na podłodze. Śpiworek i ... i nic. Za duże podniecenie żeby spac. Rano kawa XXL na uspokojenie i do następnego samolotu. 2 siedzenia obok były wolne wiec spię wygodnie od "unfasten seatbelts" do "fasten seatbelts". Jasiek nierozłączny przyjaciel.
Łezka się kręci w oku jak widzę przy londowaniu napis "Pau". Spełniło się marzenie siedmiolatki w różowych sandałkach, która chciała skończyć studia we Francji. Piąty, ostatni rok studiów i w końcu oto jestem. Ostatni gwizdek.
Wychodzę z lotniska, po obu stronach palmy, łapię stopa i 30 Euro za transport z lotniska mam w kieszeni. Okazuje się, że babka, która mnie zabrała, wykłada na uniwerku w Pau i to na moim wydziale. Ba, nawet na moim kierunku. Świat jest mały.
Podjechałam pod samo biuro CLOUS'u, gdzie załatwia się papiery akademik itp. Oczywiście okazało się, że mojego nazwiska nie mają w komputerze i w ogóle nie mam mieszkania, ale wyjście jak zwykle się znalazło i dostałam to co chciałam.
Poznaję pierwszą osobę w Pau, angielkę Charlotte.
Z jednym plecakiem na plecach i drugim na brzuchu jak wielbłąd ruszam w strone mojego lokum. Po drodze odpoczywam sobie na ławce otoczona tobołami z mapą ręku i nosem w mapie, podchodzi do mnie chudy dwumetrowy murzyn w garniaku: - "Excusez-moi, vous etes d' ici?"
Docieram do Cite Universitaire Corisande d'Andoins. Obczajam jakie pokoje są wolne, sprawdzam w notatniku porady Kuby, biorę 1107. Ostatnie, 11 piętro wieży, ostatni pokój.
Gramolę się do góry, winda jezdzi tylko na nieparzyste piętra, mam szczęście. Kuchnia za to jest tylko na parzystych. Nie ma dobrze, albo - albo:)
W windzie czytam wielki afisz, żeby uważać na "blattes", kuśwa, co to blattes, karaluchy?? Ano karaluchy...

Wchodzę do pokoju... Mała, pusta, ciemna dziura na szczura. Ale z widokiem na pireneje. No, jak się porządnie wychylić;) Zawsze chciałam mieszkać wysoko i mieć mniejszy pokój. No to mam:)
Łapię wi-fi w pokoju, przerywa, ale jest.
Zrobiłam porządne zakupy bo nic ze sobą nie przywiozłam. Talerz, kubek, widelec... Z 2 wielkimi torbami gramolę się na przystanek autobusowy, ale nie ma dobrze - autobusy tu jeżdżą tylko do godz. 19 z minutami, właśnie ostatni odjechał, wiec zaiwaniam pieszo.
Kładę sie do pustego łóżka i grzmot, porządna burza jak przystało na dobry koniec tego pierwszego dnia na obczyźnie. Nie żartuję. A tak wiało, że okna wychodziły z siebie. Deszcz za oknem i kilka kropli na moim Jaśku.
Szkoda, że nie pamiętam co mi się śniło.
Noc spędzam na lotnisku w Stansted. Na podłodze. Śpiworek i ... i nic. Za duże podniecenie żeby spac. Rano kawa XXL na uspokojenie i do następnego samolotu. 2 siedzenia obok były wolne wiec spię wygodnie od "unfasten seatbelts" do "fasten seatbelts". Jasiek nierozłączny przyjaciel.
Łezka się kręci w oku jak widzę przy londowaniu napis "Pau". Spełniło się marzenie siedmiolatki w różowych sandałkach, która chciała skończyć studia we Francji. Piąty, ostatni rok studiów i w końcu oto jestem. Ostatni gwizdek.
Wychodzę z lotniska, po obu stronach palmy, łapię stopa i 30 Euro za transport z lotniska mam w kieszeni. Okazuje się, że babka, która mnie zabrała, wykłada na uniwerku w Pau i to na moim wydziale. Ba, nawet na moim kierunku. Świat jest mały.
Podjechałam pod samo biuro CLOUS'u, gdzie załatwia się papiery akademik itp. Oczywiście okazało się, że mojego nazwiska nie mają w komputerze i w ogóle nie mam mieszkania, ale wyjście jak zwykle się znalazło i dostałam to co chciałam.
Poznaję pierwszą osobę w Pau, angielkę Charlotte.
Z jednym plecakiem na plecach i drugim na brzuchu jak wielbłąd ruszam w strone mojego lokum. Po drodze odpoczywam sobie na ławce otoczona tobołami z mapą ręku i nosem w mapie, podchodzi do mnie chudy dwumetrowy murzyn w garniaku: - "Excusez-moi, vous etes d' ici?"
Docieram do Cite Universitaire Corisande d'Andoins. Obczajam jakie pokoje są wolne, sprawdzam w notatniku porady Kuby, biorę 1107. Ostatnie, 11 piętro wieży, ostatni pokój.
Gramolę się do góry, winda jezdzi tylko na nieparzyste piętra, mam szczęście. Kuchnia za to jest tylko na parzystych. Nie ma dobrze, albo - albo:)
W windzie czytam wielki afisz, żeby uważać na "blattes", kuśwa, co to blattes, karaluchy?? Ano karaluchy...

Wchodzę do pokoju... Mała, pusta, ciemna dziura na szczura. Ale z widokiem na pireneje. No, jak się porządnie wychylić;) Zawsze chciałam mieszkać wysoko i mieć mniejszy pokój. No to mam:)
Łapię wi-fi w pokoju, przerywa, ale jest.
Zrobiłam porządne zakupy bo nic ze sobą nie przywiozłam. Talerz, kubek, widelec... Z 2 wielkimi torbami gramolę się na przystanek autobusowy, ale nie ma dobrze - autobusy tu jeżdżą tylko do godz. 19 z minutami, właśnie ostatni odjechał, wiec zaiwaniam pieszo.
Kładę sie do pustego łóżka i grzmot, porządna burza jak przystało na dobry koniec tego pierwszego dnia na obczyźnie. Nie żartuję. A tak wiało, że okna wychodziły z siebie. Deszcz za oknem i kilka kropli na moim Jaśku.
Szkoda, że nie pamiętam co mi się śniło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)