środa, 4 lutego 2009
Nie poznajesz?
Wieczorem w Leclercu, po całym dniu na stoku podchodzi do mnie od tyłu czarny wylansowany koles. Nie poznajesz mnie? Minęłaś mnie bez reakcji. "Ah cześć! Oczywiście ze cie poznaje!" [a wcale nie, tylko czułam, że kurna lepiej by było żebym poznawała tym razem. Liczyłam ze mnie olśni, ze się domyslę z tego, o czym będzie do mnie mówił, i skojarzę fakty. Istotnie, udało się, na szczęście i mam nadzieję, że nie wyszło aż tak źle. To był ten Kongijczyk od stopa do Biarritz i od narzeczonej, którą spotkałam w wesołym miasteczku]. Pau jest za małe. Ale jest blisko na narty! :)
Nagły Intensywny Chaos - Ewakuacja Agaty
Tyle posiedziałam na święta w Polsce, że guzik mnie widzieli. Ja ich nie więcej. Zgodnie z impulsem kupiłam kuszetkę do Berlina na 31 grudnia a stamtąd samolot do Nicei na sylwestra. Padało, wszyscy narzekali, że zimno, a mi było tak ciepło haha! Jak ktoś lu
bi dużo fajerwerków, to lepiej zostać w Polsce, nawet na wsi:) A jak ktoś lubi pójść na spacer promenadą anglików 1 stycznia z samego rana po wschodzie i byc pierwszą osobą w 2009 pijącą pyszne cappuccino (mają! prawdziwe! bo to w końcu dawna Italia) na samej plaży w Nicei, to może już t
ylko mi pozazdrościć albo zrobić to w 2010:)
Zapraszamy do szafy, która zawiezie na 2,3,4 lub 6 piętro:) - W budynku w krórym mieszkałam w Nicei:)
Ale żeby stamtąd wrócić do mojego zapyziałego Pau (co po portugalsku znaczy kutas, więc Brazylijczycy mówią znajomym, że pojechali po prostu w Pireneje do Francji) przesiadając się dwukrotnie na inne pociągi i w jednym siedząc na podłodze z braku miejsc, płacisz tyle co za 4 ryanary. Poruta, 86E za bilet powrotny do Pau, 11h drogi. Bojkotuję pociągi we Francji!!! Kupie sobie samochód i już!
bi dużo fajerwerków, to lepiej zostać w Polsce, nawet na wsi:) A jak ktoś lubi pójść na spacer promenadą anglików 1 stycznia z samego rana po wschodzie i byc pierwszą osobą w 2009 pijącą pyszne cappuccino (mają! prawdziwe! bo to w końcu dawna Italia) na samej plaży w Nicei, to może już t
ylko mi pozazdrościć albo zrobić to w 2010:)Zapraszamy do szafy, która zawiezie na 2,3,4 lub 6 piętro:) - W budynku w krórym mieszkałam w Nicei:)
Ale żeby stamtąd wrócić do mojego zapyziałego Pau (co po portugalsku znaczy kutas, więc Brazylijczycy mówią znajomym, że pojechali po prostu w Pireneje do Francji) przesiadając się dwukrotnie na inne pociągi i w jednym siedząc na podłodze z braku miejsc, płacisz tyle co za 4 ryanary. Poruta, 86E za bilet powrotny do Pau, 11h drogi. Bojkotuję pociągi we Francji!!! Kupie sobie samochód i już!
wtorek, 3 lutego 2009
Barcelona przed gwiazdką

Święta miałam spędzić we Francji, może z kimś kto mnie przygarnie, może sama. Szybko jednak zauważyłam, że tu raczej nie ma takiej tradycji, że na święta nie zostawia się ludzi samych.
Listopad nie był najszczęśliwszym miesiącem.. Do czego już się przyzwyczailiśmy na naszej półkuli myślę.. Pogoda się zepsuła, padało 2 razy w ciągu tygodnia. Raz przez 4 dni, raz przez 3.
Do tego miałam serdecznie dość wszelkiej maści samców napotykanych tu i tam. Był to tez miesiąc przemyśleń, miałam w głowie mały wulkan.
I zaczęłam kombinować. Loty drogie ale rozwiązanie się znaleźć musi. Znalazłam lot bezpośredni Easy Jetem z Barcelony do Poznania. Kupiłam. Jak się dostanę do Barcy? Przecież są jacyś Hiszpanie na Erasmusie to na pewno któryś ma samochód i będzie jechał do domu na święta i mnie zabierze. No i istotnie, było paru Hiszpanów, ale to to, to tamto....
W rezultacie pojechałam z Jeorge, który mieszka w Madrycie i wysadził mnie w połowie drogi (w Zaragozie) o 22:00 i stamtąd miałam dojechać nocnym pociągiem, być o 8:30 w Barcelonie czyli cacy. Ale mój pociąg odwołali. Wykombinowałam więc ichniego "pekaesa" ale z lądowaniem o 4 w nocy w Barcy. Na dworcu w poczekalni nie można było zamykać oczu bo przychodzili z rózgą. Kimanie zabronione. Bez jaj. Więc nici z drzemki, całe szczęście, myślałam sobie, że
nie wzięłam autobusu który wyjeżdża o 4 i jest na miejscu o 7, jak myślałam na początku żeby się w zdrzemnąć przed odjazdem. Potem jednak się okazało ze nie było żadnej dobrej opcji bo wysiadka o 4 rano na dworcu w Barcelonie, bez mapy, bez noclegu, z bagażami (między innymi cały mój sprzęt foto z laptopem i prezenty swiateczne), gdzie w schronisku nikt nie odbierał telefonu a taksówkarz powiedział żebym nie szła sama bo to najniebezpieczniejsza dzielnica i na dodatek myśląc tylko o spaniu to nie była najprzyjemniejsza przygoda. Dostałam się na Arago, stara kamieni
ca, nie wyglądało na hostel. Drzwi główne b
yły na szczęście otwarte. Ale hostel nie, i nikt nie otworzył. Gapiłam się tylko w judasza, chcąc się przez niego przecisnąć do środka. Ostatecznie usiłowałam nie zasnąć na tej klatce schodowej, ale nie mam pojęcia czy mi się udało, czy nie. O 6 miałam szczęście, angole wychodzili na samolot wiec wślizgnęłam sie do srodka i walnęłam na kanape w salonie. I tak spałam do 10 jak już było całkiem gwarno. No, z pobudką o 8:30, tata pytał czy dojechałammoim nocnym pociągiem namiejsce i wszystko dobrze. Podejrzewam, że odpowiedziałam "tak tato, wszystko dobrze".
Swoją drogą hostel rewelacyjny. 10 Euro za noc, darmowe wi-fi, 2 kompy, kuchnia do dyspozycji, lazienki w porzo, woda gorąca, atmosfera przyjemna, 2 kroki od centrum (niecałe 10min do Placa Catalunia) - Sant Jordi Hostel, Arago 268 i 20 min pieszo do dworca autobusowego (estacione nord) skąd odjezdzaja au
tobusy na lotnisko w Gironie. (12 E w jedną stronę).Złaziłam Barce pieszo, bylo cieplutko, miałam tam kilka dni, od 20 do 24 grudnia.
Idąc Ramblą któregoś dnia, sama, nagle wyrasta przede mną facet koło 40 z pytaniem czy jestem polką, bo jemu tak sie wydaje, bo był w Polsce wiere razy i jest zauroczony. Zdziwiona "taak" kontroluję torebkę (standard;-)), chciał postawic mi pare (sic!) kaw i zabrac do Muzeum Picassa, khem.. a
jak nie to powiedział, żebym mu dała swoj adres to mnie odwiedzi bo duzo podróżuje... I ta pianka od cappucino przy jego wardze... bleh!Zostawiłam gościa i poszłam do magika. Zabrał mi płaszcz i robił na nim jakies czary-mary. Włócząc się tak po Barcelonie, spotkałam dotrzymującego mi kroku agenta, również słóżb specjalnych, najwidoczniej dostalismy wzajemną misję;-) Ot tak świat jest mały, i ludzie czasem się mijają na ulicy... różnych krajów. Mus
ieliśmy omówic interesy więc poszlismy razem na obiad. Nigdy nie chodzcie na obiad na Rambli!!! Chyba, że na rządowy portfel;-) W kazdym razie podniebienie miało swoje święto. Zamówilismy małą paellę na pół i chcielismy na przystawke posmakowac jakis mix tapas. Kelner juz sie nami zajął. Przyniosl talerz kalmarów, krewetek, nadziewanych papryk, szynki z karaibów, jakis kanapek itd. Na muszelce małża ułożyły się smiesznie cyfry 76, poważnie, smielismy się, że to znak. i ows
zem. Na tyle opiewał rachunek (w euro!!!). Oczywiscie nie zapłacilismy, bo co to ma byc. Chcielismy żeby facio wyłysiał, ale już był łysy. Okazało się, ze dał nam wszystkei dania z karty jakie figurująw przystawkach. W liczbie 6. Zapłacilismy po bożemu za 2 przystawki, po jednej na osobe i za paelle. Koniec basta. Ale niesmak pozostał.
sobota, 31 stycznia 2009
CAF
We Francji oczywiscie socjalnie, dofinansowanie do mieszkania, wcale niemało! ok 30% ALE niektórzy w ogóle wniosków nie zkładali bo im się nie chciało babrac z tym wszystkim. U mnie procedura nadal trwa... Bo najpierw dowiadujesz sie ze potrzeba 3 dokumentów,skłądasz, wypełniasz wniosek. Potem przysylaja ci list ze potrzeba jeszcze 4 i 5 dokumentu. Zanosisz. Czekasz. Dostajesz list ze jeszcze chcą 6ty. I dwa dni pozniej jeszcze jeden list bo im sie przypomniało, że jeszcze 7 dokument. Po 2 miesiacach sie przeprowadzałam więc ponownie wszystko wypełniałam. Ale juz dokumenty moje mają wiec na rozum rzecz biorąc po kiego czorta wszystko dawac jeszcze raz. Albo inaczej, czemu jednych nie trzeba juz dawac, a inne trzeba dawac jeszcze raz? nie pojmiesz...
A potem moje dofinansowanie zostało zatrzymane bo nie bylo poswiadczenia posiadania odpowiedniej ilosci srodków na utrzymanie się. A dałam 2 takie zaswiadczenia, że dostaje stypendium erasmusa tyle i tyle. Ale nie. Bo to chodzilo o napisanie ręcznie zdania "ja, taka i taka, poswiadczam, ze mam odpowiednią ilosc srodków finansowych. Podpis, data.". i o to było tyle zachodu. Moze w takim wypadku przestaje dziwic ze oni muszą robic przerwe w poludnie od pracy bo kto by to wytrzymał...
A potem moje dofinansowanie zostało zatrzymane bo nie bylo poswiadczenia posiadania odpowiedniej ilosci srodków na utrzymanie się. A dałam 2 takie zaswiadczenia, że dostaje stypendium erasmusa tyle i tyle. Ale nie. Bo to chodzilo o napisanie ręcznie zdania "ja, taka i taka, poswiadczam, ze mam odpowiednią ilosc srodków finansowych. Podpis, data.". i o to było tyle zachodu. Moze w takim wypadku przestaje dziwic ze oni muszą robic przerwe w poludnie od pracy bo kto by to wytrzymał...
wtorek, 27 stycznia 2009
AC/DC
Działają palniki w kuchni, kupili 4 nowe na 6. Nie ma dobrze. Nikt nigdy nie wie, który włącznik jest do czego, w którą stronę przekręcać na wyższą moc i co ile minut trzeba naciskać na guzik prądu. Ze względów bezpieczeństwa co jakiś bliżej nieokreślony czas w czasie gotowania wszystko się wyłącza, tak oto spieprzył mi się makaron...
Gotuję. Bo taniej. Bo nie powiem ze jest to coś superfajnego w takich warunkach, ze wszystko trzeba wynosic do kuchni, a potem czasem wracac z tobołemi umierac z głodu bo chinczyki bawią się w gotowanie. Jak tak jest to jest ich tam przynajmniej z 6-7 na raz i od razu cos do ciebie krzyczą i tłumaczą ale to nigdy nie ma nóg ani rąk. Ostatnio wchodzę, stoje z tymi garami, pelno dziwnych przyrządów w kuchni,palniki i zlew zajęte. I 3 skosne na raz zaczynaja mi tlumaczyc cos o innej kuchni w ktorej cos trzeba nacisnąc i jest otwarte okno...
W stołówkach akademickich jedzenie to ściema jakaś, obojętnie co jesz, ma taki sam smak. Albo raczej ma taki sam niesmak. Ryba, kurczak, wołowina, indyk... Ale kosztuje 2.85E. Ale laVague jest centrum spotkań erasmusów.
Gotuję. Bo taniej. Bo nie powiem ze jest to coś superfajnego w takich warunkach, ze wszystko trzeba wynosic do kuchni, a potem czasem wracac z tobołemi umierac z głodu bo chinczyki bawią się w gotowanie. Jak tak jest to jest ich tam przynajmniej z 6-7 na raz i od razu cos do ciebie krzyczą i tłumaczą ale to nigdy nie ma nóg ani rąk. Ostatnio wchodzę, stoje z tymi garami, pelno dziwnych przyrządów w kuchni,palniki i zlew zajęte. I 3 skosne na raz zaczynaja mi tlumaczyc cos o innej kuchni w ktorej cos trzeba nacisnąc i jest otwarte okno...
W stołówkach akademickich jedzenie to ściema jakaś, obojętnie co jesz, ma taki sam smak. Albo raczej ma taki sam niesmak. Ryba, kurczak, wołowina, indyk... Ale kosztuje 2.85E. Ale laVague jest centrum spotkań erasmusów.
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Rzucam tę robotę
Pierwsze narty na horyzoncie, sms od K., jest śnieg, są warunki, uniwerek organizuje pierwszy wypad do Cauterets. No to jedziemy! Nie wstanę o 6 skoro jak kończę prace o 2 w nocy, wiec ktoś musi odejść. Podziękowałam ładnie w knajpie i dobrze, bo marne 6 euro za godzinę na rękę, przy czym za ok 4h w tygodniu nadgodzin robić za darmo i ze szmatą i wybielaczem to ja wole 100 razy moje kochane korki w Polsce, przynajmniej dają mi satysfakcje i przydają się. I nie zaliczam tylu wpadek ... jak zrzucenie tortu 2 razy na tego samego gościa, wylania sosu z talerza na podłogę przed podaniem dania na stół itd...
Podsumowując zwyczaje jedzeniowe francuzów:
- goscie nie siadają gdzie popadnie tylko czeka sięna zaproszenie do konkretnego stolika
- woda i chleb są podawane zawsze bezpłatnie. Bez chleba się do obiadu nie obędą.
- ok 65% zamawia aperitif
- większośc obiadów wielo-daniowa, nawet 3-4 plus deser, na który często biorą tależ serów
- w menu są zawsze "formuły za ileśtam" i masz do wyboru z 3 dan i w pakiecie to i tamto ale juz nie to. i cieszą się dużym powodzeniem.
- kawę zawsze piją PO deserze a nie do. Espresso z cukrem. 2 razy miałam zamówienie na noisette (orzeszek) czyli espresso z kroplą zimnego mleka.
- 85% zamawia wino do posiłku, ale mało kto przywiązuje wagę do tego jakie. Zdarzały się dziwne mariaże, różowy "pichet" czyli sikacz z kija do czerwonego mięsa z grilla albo do tegoż samego, słodkie jurancon.
- 80% zamawia mięso krwiste. Są 4 kategorie krwistosci: bleu (prawie surowe!), saignant, a point, bien cuit. Trzeba brac pod uwage ze zawsze trzymają je na ruszcie krócej:)
- Siedzą godzinami, to prawda
- Młode parki nie dają napiwków
- W ogóle dają mało i małe napiwki.
- Często płacą czekiem i tymi dziwnymi bilecikami promocyjnymi "ticket restaurant" albo tym i tym na raz, połapac sie nie mozna bo jeszcze każdy płąci czesto za siebie.
- miejsce na uwagi, które przypomną mi się później
Podsumowując zwyczaje jedzeniowe francuzów:
- goscie nie siadają gdzie popadnie tylko czeka sięna zaproszenie do konkretnego stolika
- woda i chleb są podawane zawsze bezpłatnie. Bez chleba się do obiadu nie obędą.
- ok 65% zamawia aperitif
- większośc obiadów wielo-daniowa, nawet 3-4 plus deser, na który często biorą tależ serów
- w menu są zawsze "formuły za ileśtam" i masz do wyboru z 3 dan i w pakiecie to i tamto ale juz nie to. i cieszą się dużym powodzeniem.
- kawę zawsze piją PO deserze a nie do. Espresso z cukrem. 2 razy miałam zamówienie na noisette (orzeszek) czyli espresso z kroplą zimnego mleka.
- 85% zamawia wino do posiłku, ale mało kto przywiązuje wagę do tego jakie. Zdarzały się dziwne mariaże, różowy "pichet" czyli sikacz z kija do czerwonego mięsa z grilla albo do tegoż samego, słodkie jurancon.
- 80% zamawia mięso krwiste. Są 4 kategorie krwistosci: bleu (prawie surowe!), saignant, a point, bien cuit. Trzeba brac pod uwage ze zawsze trzymają je na ruszcie krócej:)
- Siedzą godzinami, to prawda
- Młode parki nie dają napiwków
- W ogóle dają mało i małe napiwki.
- Często płacą czekiem i tymi dziwnymi bilecikami promocyjnymi "ticket restaurant" albo tym i tym na raz, połapac sie nie mozna bo jeszcze każdy płąci czesto za siebie.
- miejsce na uwagi, które przypomną mi się później
wtorek, 2 grudnia 2008
Cuisine
Wszystko ładnie pięknie tylko w mojej kuchni nie działają kuchenki. W pokoju mojej przenośnej tez nie mogę używać bo gdy ją włączam wysiadają korki. A jak we Francji coś się zepsuje to zostawiają status quo, zamiast naprawić, tak jak winda w Corisandzie. Wiec jak zwykle cos, jakis szkopuł musi byc. Przełączyłam się do innego gniazdka i działa mniejszy palnik. Kupilam sobie woka, tworze hybrydy kuchni polsko-francusko-agatkowej. Trochę podpatrzyłam pracując w restauracji, moim celem jest zrobienie dobrego creme brulee. Potrzebny mi mikser. Dzis byly kotlety z pełnego ziarna z emmentalem na marchewce w ziolach prowansalskich z gałką muszkatułową i mojej nowej oliwie a do tego Col de l'Estrade Saint-Chinian-Roquebrun 2006 (40% syrah, 30% grenache, 20% murvedre, 10% carignan). Wino jest prawie czarne, nie mogę się opanowac mimo, że jest trochę za zimne. Ziołowe, orzechowe, taniczne, trzeba było dodac oliwki do mojego obiadku to pasowałoby jeszcze lepiej.
piątek, 28 listopada 2008
Przeprowadzka
Nie mogłam tego pozostawić bez komentarza.
Dziś pierwsza noc w nowym lokum!!!
Tak się doczekać nie mogłam, ze mimo ze jutro mogę mieć 2 samochody żeby wszystko przewieźć to dziś robiłam rundy rowerem w te i powrotem. Oczywiście przywiozłam sobie gazetę i książkę. Do nowej łazienki :)
Dziś pierwsza noc w nowym lokum!!!
Tak się doczekać nie mogłam, ze mimo ze jutro mogę mieć 2 samochody żeby wszystko przewieźć to dziś robiłam rundy rowerem w te i powrotem. Oczywiście przywiozłam sobie gazetę i książkę. Do nowej łazienki :)
Co chodzi parami
Na 5 nocnych klubów w Pau podobno 2 są gejowskie.
Nie wiem ilu jest tu homoseksualistów, mówią, że dużo, ja nie widziałam.
Wiem za to że jest dużo złodziei.
Feralny tydzień.
Zaczęło się od wypadku na rowerze. Siniaki, potłuczenia i obtarcia.
Potem wsiąkł mi telefon komórkowy, prawdopodobnie wyciągnięty z kieszeni płaszcza. Straciłam wszystkie kontakty. Dobrze tylko ze miałam abonament bo dostałam sima z tym samym numerem.
Tego samego dnia, gdy byłam w pracy, ukradli mi rower sprzed drzwi restauracji. O 2 w nocy zastałam sam łańcuch. Tak, ten zdezelowany rower który myślałam żeby nawet wyrzucić bonie miałam sumienia go komuś sprzedawać z uwagi na zwykle bezpieczeństwo. Wszystko nbylo juz w tym gracie zdezelowane i pokrzywione. Po wypadku juz w ogole. Lancuch spadał przy kazdym nieprecyzyjnym ruchu krzywymi pedałami, nie mówiąc obraku chamulców i gibającej się kierownicy.
Przeprowadzic sie nie moglam bo miejsc niby nie ma.
Po tym wszystkim miałam ochotę wracac do domu, do mamy.... Na dodatek od tygodnia nie przestawało padac...
Ale równowaga musi byc.
W tym samym momencie co wyszło słonce dowiedzialam sie ze jest dla mnie pokój w akademiku z lazienką. Dostalam górala od znajomego (ma troche zbyt dobry przedni chamulec....), 2 dni później znalazlam komórkę na ulicy. Motorolę, całkiem niezłą (!!!) Nie żartuję.
Uśmiałam się po pachy. Oczywiscie chciałam zadzwonic do kogos z kontaktow zeby oddac wlascicielowi ale byla wylaczona. Wlaczylam i trafiłam z kodem (nie byl trudny...) dzwonie do "moja żona" ale nie ma kasy na koncie wiec dzwonie ze swojej komórki. Laska juz przez telefon mnie wnerwila. Mówie ze jestem w pracy teraz i jutro mogą odebrac. A ona bezczelnie ze nie, ze ona zaraz przyjedzie bo oni potrzebuja dzis ta komórke. Przyszla, wziela i poszla. Niewychowani ci francuzi....
Nie wiem ilu jest tu homoseksualistów, mówią, że dużo, ja nie widziałam.
Wiem za to że jest dużo złodziei.
Feralny tydzień.
Zaczęło się od wypadku na rowerze. Siniaki, potłuczenia i obtarcia.
Potem wsiąkł mi telefon komórkowy, prawdopodobnie wyciągnięty z kieszeni płaszcza. Straciłam wszystkie kontakty. Dobrze tylko ze miałam abonament bo dostałam sima z tym samym numerem.
Tego samego dnia, gdy byłam w pracy, ukradli mi rower sprzed drzwi restauracji. O 2 w nocy zastałam sam łańcuch. Tak, ten zdezelowany rower który myślałam żeby nawet wyrzucić bonie miałam sumienia go komuś sprzedawać z uwagi na zwykle bezpieczeństwo. Wszystko nbylo juz w tym gracie zdezelowane i pokrzywione. Po wypadku juz w ogole. Lancuch spadał przy kazdym nieprecyzyjnym ruchu krzywymi pedałami, nie mówiąc obraku chamulców i gibającej się kierownicy.
Przeprowadzic sie nie moglam bo miejsc niby nie ma.
Po tym wszystkim miałam ochotę wracac do domu, do mamy.... Na dodatek od tygodnia nie przestawało padac...
Ale równowaga musi byc.
W tym samym momencie co wyszło słonce dowiedzialam sie ze jest dla mnie pokój w akademiku z lazienką. Dostalam górala od znajomego (ma troche zbyt dobry przedni chamulec....), 2 dni później znalazlam komórkę na ulicy. Motorolę, całkiem niezłą (!!!) Nie żartuję.
Uśmiałam się po pachy. Oczywiscie chciałam zadzwonic do kogos z kontaktow zeby oddac wlascicielowi ale byla wylaczona. Wlaczylam i trafiłam z kodem (nie byl trudny...) dzwonie do "moja żona" ale nie ma kasy na koncie wiec dzwonie ze swojej komórki. Laska juz przez telefon mnie wnerwila. Mówie ze jestem w pracy teraz i jutro mogą odebrac. A ona bezczelnie ze nie, ze ona zaraz przyjedzie bo oni potrzebuja dzis ta komórke. Przyszla, wziela i poszla. Niewychowani ci francuzi....
czwartek, 20 listopada 2008
Mieszkanie
Natknęłąm się w sieci na relacje z pobytu w Pau. Dziewczyna poleca akademik Corisonde d'Andoins. Co za bzdura... Jest to po prostu najtańsza opcja, ale przy tym taki syf jaki ciężko w Polsce znaleźc nawet w najgorszej dziurze. Za to, jakie tu są warunki, to jest tak na prawde straszliwie drogo. Najlepiej starac sie o wyremontowany Gaston Phoebus jesli nie chce się mieszkac z kims. Pokoje są malutkie ale kazdy ma wlasna lazienke! Kuchnia jest wspolna wiec nie traci sie na kontaktach.
Alternatywą jest wynajęcie mieszkania poza CROUS'em czyli poza uniwersyteckimi. Wtedy oczywiscie w 2 lub kilka osób. Warto jednak mysle zobaczyc te mieszkania wczesniej bo tu często mozna trafic na zakalec. Kasowo wychodzi podobnie do akademików a przynajmniej ma się wieszy spokój i miejsce gdzie mozna zaprosic znajomych lub kogos przenocowac. Akademickie klitki sie do tego nie nadaja. Nie raz nie mielismy sie gdzie podziac bo do wiekszego pokoju w akademiku gdzie mozna by posiedziec sobie, trzeba skladac podanie o wydaniu kluczy tylko jak jest dyrektor i najpozniej dzien wczesniej ale poza sobota i niedziela bo od poniedzialku jest nowa lista a w niedziele nikt nie pracuje.
Alternatywą jest wynajęcie mieszkania poza CROUS'em czyli poza uniwersyteckimi. Wtedy oczywiscie w 2 lub kilka osób. Warto jednak mysle zobaczyc te mieszkania wczesniej bo tu często mozna trafic na zakalec. Kasowo wychodzi podobnie do akademików a przynajmniej ma się wieszy spokój i miejsce gdzie mozna zaprosic znajomych lub kogos przenocowac. Akademickie klitki sie do tego nie nadaja. Nie raz nie mielismy sie gdzie podziac bo do wiekszego pokoju w akademiku gdzie mozna by posiedziec sobie, trzeba skladac podanie o wydaniu kluczy tylko jak jest dyrektor i najpozniej dzien wczesniej ale poza sobota i niedziela bo od poniedzialku jest nowa lista a w niedziele nikt nie pracuje.
wtorek, 18 listopada 2008
Bleus
Koleś od roweru jest podejrzany...
To może być prawda co mi mówią.
Sprzedał mi rower bez hamulców a następnego dnia poszła dętka. Kasi to samo.
I ciągle się pyta jak tam rower i oferuje si, że naprawi. Jak już kilka razy prawie się przez te hamulce zabiłam to mowie mu a weź napraw i daj mi sprawny jak należy. No i pisze mi sms'a ze będzie mnie to kosztowało 5Euro bo coś tam cos tam... Jak Aissa sie dowiedział, ze w ogóle z tym kolesiem rozmawiam puknął mnie w czoło. Powiedział, zobaczysz, on tak robi, jedno naprawia,drugie sie psuje i tak będzie ciągle za Tobą łaził. No i faktycznie tak naprawił ze ja cie kręcę, a następnego dnia w kole nie miałam powietrza....
Zresztą oni wszyscy to są takie majstry od siedmiu boleści, nie to co nasze polskie chopaki.
W kocu kucharz ode mnie z pracy zareklamował się jako urodzony na rowerze, że mi to wszystko zrobi. I zrobił. Tylko że tak, że potem miałam wypadek na skrzyżowaniu bo zerwał mi się łańcuch i wyleciałam w przód na ulicę i na ten pojazd auto podobny, jest cały powykrzywiany, a ja poobijana i lekko zszokowana... coś czuje, że będą mi się śniły dziś te światła samochodu, który mnie prawie rozjechał i mało przekonujący pisk hamulców na mokrej deszczowej drodze,wszystko widziane z perspektywy jeża przechodzącego przez jezdnię...
Dziś zasuwałam w moich narciarskich ciuchach bo wszystko się moczy tak pada...
Sen o Francji wydaje się dziś być zwykłą medialną czy książkową czy jakąkolwiek inną ale jednak zwykłą mżonką.
Nie kupujcie starych rowerów.
Nowych też nie bo wam ukradną. (wszędzie mozna tu znalezc poprzyszepiane albo same koła albo rowery bez siodełek).
W ogóle najlepiej to trzymajcie się daleko od arabskiej Francji...
To może być prawda co mi mówią.
Sprzedał mi rower bez hamulców a następnego dnia poszła dętka. Kasi to samo.
I ciągle się pyta jak tam rower i oferuje si, że naprawi. Jak już kilka razy prawie się przez te hamulce zabiłam to mowie mu a weź napraw i daj mi sprawny jak należy. No i pisze mi sms'a ze będzie mnie to kosztowało 5Euro bo coś tam cos tam... Jak Aissa sie dowiedział, ze w ogóle z tym kolesiem rozmawiam puknął mnie w czoło. Powiedział, zobaczysz, on tak robi, jedno naprawia,drugie sie psuje i tak będzie ciągle za Tobą łaził. No i faktycznie tak naprawił ze ja cie kręcę, a następnego dnia w kole nie miałam powietrza....
Zresztą oni wszyscy to są takie majstry od siedmiu boleści, nie to co nasze polskie chopaki.
W kocu kucharz ode mnie z pracy zareklamował się jako urodzony na rowerze, że mi to wszystko zrobi. I zrobił. Tylko że tak, że potem miałam wypadek na skrzyżowaniu bo zerwał mi się łańcuch i wyleciałam w przód na ulicę i na ten pojazd auto podobny, jest cały powykrzywiany, a ja poobijana i lekko zszokowana... coś czuje, że będą mi się śniły dziś te światła samochodu, który mnie prawie rozjechał i mało przekonujący pisk hamulców na mokrej deszczowej drodze,wszystko widziane z perspektywy jeża przechodzącego przez jezdnię...
Dziś zasuwałam w moich narciarskich ciuchach bo wszystko się moczy tak pada...
Sen o Francji wydaje się dziś być zwykłą medialną czy książkową czy jakąkolwiek inną ale jednak zwykłą mżonką.
Nie kupujcie starych rowerów.
Nowych też nie bo wam ukradną. (wszędzie mozna tu znalezc poprzyszepiane albo same koła albo rowery bez siodełek).
W ogóle najlepiej to trzymajcie się daleko od arabskiej Francji...
Pobierzmy się, moja narzeczona czyta gazetę
Cały czas nie wiem jak jest po francusku wesołe miasteczko ale poszliśmy tam przed moją pracą, wyszalałam się, poobijałam samochodzikami i od razu nabrałam dystansu i dałam rade znieść mojego szefa. Najlepsze było jednak to, że spotkałam narzeczoną tego Kongijczyka, który chciał ze mną wyjechać do Polski, szanować mnie i założyć rodzinę.
Śnieg przez cały rok
Algierczyków na początku miałam ich za cywilizowanych ludzi, francuzów, może nie w gruncie rzeczy, ale jednak jakoś tam francuzów, tak jak broniłam zawsze Zizu przed atakami typu "żaden z niego francuz". Teraz jestem bardziej sceptyczna i ostrożna, poznałam już z 8-10. Wszystkich coś tam łączy. Coś, co bardzo mi nie odpowiada i trzyma na dystans. Podejście do relacji międzyludzkich, do kobiet.
W kazdym razie jeden z moich kolegów ze wspomnianego Afrykańskiego kraju (a tak, blondyn nawet!) mieszka w odnowionym akademiku kolo uczelni. Byłam wczoraj i widziałam jak tam jest. Decyzja podjęta w minute, przeprowadzam się! Na stronie internetowej, na której wybierałam akademiki nic nie było mowy o tym, ze w tym wyremontowanym Gastonie w pokojach są osobne łazienki! To nie jest mały, nieistotny szczegół!!! To jest najważniejszy mankament mojego lochu. To-ale-ta. Coraz rzadziej się myje bo po prysznicu tutaj i tak czuje się brudna. Sufit odpada, śmierdzi i w ogóle szkoda gadać...
Za 40 euro więcej miałabym nowiutki pokój ze swoją łazienką. Natychmiast dziś poszłam załatwiać przeniesienie. Ale to jest FRAAANCJA. Nie ma tu, kochana, żadnych sensownych wyjaśnień na pytanie "dlaczego". Bo przenieść się nie mogę, mimo, że są wolne pokoje tam (obok mojego znajomego na przykład), to mówią, że nie ma nic. Ale ponoć omni właśnie zawsze tak mówią, i trzeba po prostu chodzić i nalegać... Komuna!
"Desole" i ten głupi francuski uśmieszek baby w niepasującym kompletnie do niczego niebieskim cieniu do powiek.
Ale mam czasem wpadać i pytać. Znowu ten glupii uśmieszek.
Spytalam czy nie ma jakieś listy oczekujących.
"Jest, chce pani, żebym panią na niej umieściła?"
A niby po co tu przychodzę? tak sie tylko zorientować??? Bo jeszcze sama nie wiem czy sie chce wynosic z mojego cudownego apartamentu 8m, który dziele z 10 osobnikami typu karaluchy?
Wpisała mnie na listę i jakaś gadka się zaczęła o pogodzie, wiedziałam już ze to ona może zdecydować co kto i kiedy dostanie. Wiec ładnie porobiłam uśmieszki (masakra), ale jak można ukryć swoja reakcje jak ktoś mówi mi ze mam ładny kożuch i potem się pyta czy w Polsce leży śnieg przez cały rok?
W kazdym razie jeden z moich kolegów ze wspomnianego Afrykańskiego kraju (a tak, blondyn nawet!) mieszka w odnowionym akademiku kolo uczelni. Byłam wczoraj i widziałam jak tam jest. Decyzja podjęta w minute, przeprowadzam się! Na stronie internetowej, na której wybierałam akademiki nic nie było mowy o tym, ze w tym wyremontowanym Gastonie w pokojach są osobne łazienki! To nie jest mały, nieistotny szczegół!!! To jest najważniejszy mankament mojego lochu. To-ale-ta. Coraz rzadziej się myje bo po prysznicu tutaj i tak czuje się brudna. Sufit odpada, śmierdzi i w ogóle szkoda gadać...
Za 40 euro więcej miałabym nowiutki pokój ze swoją łazienką. Natychmiast dziś poszłam załatwiać przeniesienie. Ale to jest FRAAANCJA. Nie ma tu, kochana, żadnych sensownych wyjaśnień na pytanie "dlaczego". Bo przenieść się nie mogę, mimo, że są wolne pokoje tam (obok mojego znajomego na przykład), to mówią, że nie ma nic. Ale ponoć omni właśnie zawsze tak mówią, i trzeba po prostu chodzić i nalegać... Komuna!
"Desole" i ten głupi francuski uśmieszek baby w niepasującym kompletnie do niczego niebieskim cieniu do powiek.
Ale mam czasem wpadać i pytać. Znowu ten glupii uśmieszek.
Spytalam czy nie ma jakieś listy oczekujących.
"Jest, chce pani, żebym panią na niej umieściła?"
A niby po co tu przychodzę? tak sie tylko zorientować??? Bo jeszcze sama nie wiem czy sie chce wynosic z mojego cudownego apartamentu 8m, który dziele z 10 osobnikami typu karaluchy?
Wpisała mnie na listę i jakaś gadka się zaczęła o pogodzie, wiedziałam już ze to ona może zdecydować co kto i kiedy dostanie. Wiec ładnie porobiłam uśmieszki (masakra), ale jak można ukryć swoja reakcje jak ktoś mówi mi ze mam ładny kożuch i potem się pyta czy w Polsce leży śnieg przez cały rok?
poniedziałek, 17 listopada 2008
La Brochetterie
Praca w tej knajpie jest de la merde....
Upośledzają zawód kelnera będąc swięcie przekonanymi, że wszystko robią i wiedzą najlepiej bo są starymi wyjadaczami w branży. Widocznie są tak głupi, że nawet przez 20 lat do nich pewne oczywiste fakty nie docierają... Eric i Betty.
To było wiadomo, że będę przeklinać swojego szefa, pierwszego i następnych bo sie do podporządkowywania się nie nadaję ale to jest już przeginka i ale nie z mojej strony... Rozmawiałam z szefową bo narzekała, że ciągle musi nowych kelnerów uczyć bo jest straszna rotacja. Spytałam dlaczego poprzedni odchodzili. Ona na to że młodzi w dzisiejszych czasach są leniwi... Jassssne, zawsze problem leży poza nami....
Niczego sie nie nauczyli.
Oto wszystkie pierwsze prima, które po tygodniu pracy wrzucam do mojego Kodeksu:
- każdy kelner powinien mieć swoje stoliki do obsługi i tylko nimi się zajmować, inny kelner nie powinien ingerować w nieswój stolik chyba, że zaistnieje ku temu ważny powód.
- kucharz dostaje porządne pieniądze za swoją pracę.
- kucharz nie jest jednocześnie zmywakiem i nie musi po pracy pucowac podłóg i sufitów.
- kelner dostaje napiwki i z nikim się nimi nie dzieli.
- ekipa dostaje porządnie jeść przed pracą. Noszenie ludziom żarcia będąc na głodzie to baaardzo niefajne jest i niebezpieczne...
- nie zmywamy stołów dwa razy...
i potem parę pobocznych przykazań, jak to przestrzegamy zasad dobrego wychowania i szanujemy każdego... jak nie można palić to nie można palić i niech to dotyczy też szefa.
Wszędzie wiszą znaki we Francji ze za palenie w miejscach zakazanych jest 68E mandatu. A co tam, zadzwonię po gliny ;-) ale to jak mi nie będą chcieli zapłacić czy cos, zawsze dobrze jest miec jakiś szantaż w rękawie.
Upośledzają zawód kelnera będąc swięcie przekonanymi, że wszystko robią i wiedzą najlepiej bo są starymi wyjadaczami w branży. Widocznie są tak głupi, że nawet przez 20 lat do nich pewne oczywiste fakty nie docierają... Eric i Betty.
To było wiadomo, że będę przeklinać swojego szefa, pierwszego i następnych bo sie do podporządkowywania się nie nadaję ale to jest już przeginka i ale nie z mojej strony... Rozmawiałam z szefową bo narzekała, że ciągle musi nowych kelnerów uczyć bo jest straszna rotacja. Spytałam dlaczego poprzedni odchodzili. Ona na to że młodzi w dzisiejszych czasach są leniwi... Jassssne, zawsze problem leży poza nami....
Niczego sie nie nauczyli.
Oto wszystkie pierwsze prima, które po tygodniu pracy wrzucam do mojego Kodeksu:
- każdy kelner powinien mieć swoje stoliki do obsługi i tylko nimi się zajmować, inny kelner nie powinien ingerować w nieswój stolik chyba, że zaistnieje ku temu ważny powód.
- kucharz dostaje porządne pieniądze za swoją pracę.
- kucharz nie jest jednocześnie zmywakiem i nie musi po pracy pucowac podłóg i sufitów.
- kelner dostaje napiwki i z nikim się nimi nie dzieli.
- ekipa dostaje porządnie jeść przed pracą. Noszenie ludziom żarcia będąc na głodzie to baaardzo niefajne jest i niebezpieczne...
- nie zmywamy stołów dwa razy...
i potem parę pobocznych przykazań, jak to przestrzegamy zasad dobrego wychowania i szanujemy każdego... jak nie można palić to nie można palić i niech to dotyczy też szefa.
Wszędzie wiszą znaki we Francji ze za palenie w miejscach zakazanych jest 68E mandatu. A co tam, zadzwonię po gliny ;-) ale to jak mi nie będą chcieli zapłacić czy cos, zawsze dobrze jest miec jakiś szantaż w rękawie.
niedziela, 16 listopada 2008
Barcelona:) Andorra:) i Lourdes:(
Pozwiedzaliśmy trochę na wariata, weekend z wielkimi planami i pędzącym czasem, który ciągle zostawiał naszą skodę w tyle...
Strasznie się na nas uwziął, posunął się nawet do tego, żeby popalić hamulce, zwinąć nasze auto w
nocy na parking policyjny i wszystkie znaki tak poprzestawiał, że nie łamiąc przepisów w Andorze można było tylko jeździć w kółko. I oczywiście wysłał wszystkie hotele na wakacje wiec szukaliśmy kilka godzin jakiegoś otwartego bo oczywiście do schroniska w Barcelonie dotrzeć nam nie pozwolił.
Lourdes to w ogóle jakaś porażka totalna. Maryjny Ciechocinek.
Nie umarłam z nudów i mdłości tylko dlatego, że robienie zdjęc było zabronione (sic!) Tak, tak.
Przynajmniej miałam jakąś najmniejszą na swiecie dozę frajdy, że grzeszę, czy coś...
Ale P. się uparł, że musi babci przywieźć wodę ze świętego źródełka.....(no comment!). Dogryzania nie było końca, jak się dobrałyśmy w trójkę. Oto zakazane zdjęcia:
P. nie chciał kupić tej wody w sklepie tylko musiał ją zaczerpnąć ze źródełka. Nie kupił pojemniczka bo myślał ze są pełne (!). Jak byliśmy u góry to chciał schodzić do sklepików spowrotem. Żeby wybić mu to z głowy i załatwić sprawę by już moc wracać do auta podeszłam do babek, które szmuglowały tę wodę butelkami na wózku i pościłam taka boska wiązankę ze mi dały jedną butelkę. Babcia się będzie mogła w tej wodzie wykąpać. To na pewno będzie nieśmiertelna. Ah ten szalony wzrok przemytniczek święconej wody!
Cudowne widoki po drodze i z 25C
do minus nie wiem ilu >> w jeden dzien! I już poczułam zapach nart!
Nareszcie
Andora i te podniecające ceny. Tyyyyyyyyyyyyyyyyle sklepów ze sprzetem sportowym, wszystko co chcesz Salomona, Rossignola, Colmara, Descenta, Burtona, ah! Wieeeeeelkie! I maaaaaasa sklepów motocyklowych! Tam właśnie kupie sobie ciuchy w końcu!!!!!!!!!!! Tylko potrzeba trochę więcej niż 2h.....
Barcelona to w sumie nie wiem bo nie widziałam:)
Ale wiem że parking drogi. 18 Euro! Trzeba tam wrócić.
No i nie chwaląc się wcale, dawałam rade z moim hiszpańskim!

Strasznie się na nas uwziął, posunął się nawet do tego, żeby popalić hamulce, zwinąć nasze auto w
nocy na parking policyjny i wszystkie znaki tak poprzestawiał, że nie łamiąc przepisów w Andorze można było tylko jeździć w kółko. I oczywiście wysłał wszystkie hotele na wakacje wiec szukaliśmy kilka godzin jakiegoś otwartego bo oczywiście do schroniska w Barcelonie dotrzeć nam nie pozwolił.Lourdes to w ogóle jakaś porażka totalna. Maryjny Ciechocinek.
Nie umarłam z nudów i mdłości tylko dlatego, że robienie zdjęc było zabronione (sic!) Tak, tak.
Przynajmniej miałam jakąś najmniejszą na swiecie dozę frajdy, że grzeszę, czy coś...
Ale P. się uparł, że musi babci przywieźć wodę ze świętego źródełka.....(no comment!). Dogryzania nie było końca, jak się dobrałyśmy w trójkę. Oto zakazane zdjęcia:
P. nie chciał kupić tej wody w sklepie tylko musiał ją zaczerpnąć ze źródełka. Nie kupił pojemniczka bo myślał ze są pełne (!). Jak byliśmy u góry to chciał schodzić do sklepików spowrotem. Żeby wybić mu to z głowy i załatwić sprawę by już moc wracać do auta podeszłam do babek, które szmuglowały tę wodę butelkami na wózku i pościłam taka boska wiązankę ze mi dały jedną butelkę. Babcia się będzie mogła w tej wodzie wykąpać. To na pewno będzie nieśmiertelna. Ah ten szalony wzrok przemytniczek święconej wody!
Cudowne widoki po drodze i z 25C

do minus nie wiem ilu >> w jeden dzien! I już poczułam zapach nart!
Nareszcie
Andora i te podniecające ceny. Tyyyyyyyyyyyyyyyyle sklepów ze sprzetem sportowym, wszystko co chcesz Salomona, Rossignola, Colmara, Descenta, Burtona, ah! Wieeeeeelkie! I maaaaaasa sklepów motocyklowych! Tam właśnie kupie sobie ciuchy w końcu!!!!!!!!!!! Tylko potrzeba trochę więcej niż 2h.....
Barcelona to w sumie nie wiem bo nie widziałam:)
Ale wiem że parking drogi. 18 Euro! Trzeba tam wrócić.
No i nie chwaląc się wcale, dawałam rade z moim hiszpańskim!
piątek, 14 listopada 2008
London Stansted
Bym zapomniała. Podróże z jednej strony uczą nas tolerancji, poszerzają horyzonty, otwierają umysł, pokazują nowe perspektywy, punkty widzenia, nowe zachowania. Więcej mieści nam się w głowie, mniej nas dziwi. Bo ludzie choć inni to niestraszni i tak na prawdę wszyscy mamy te same problemy. Ale nie. Bo jeżeli istotnie mniej już mnie dziwi, to jakieś tam rasistowskie pierwiastki się narodziły. Spotykamy ludzi z rożnych kultur i wyrabiamy jakaś tam opinie na ich temat.
ANGOLE:
Wczoraj w restauracji obsługiwałam lordowską parkę. Moja patronka zwróciła mi uwagę, że zbyt wcześnie podaję chleb.
- Ale oni sobie tak życzyli.
- Ah, to angole, to w porządku. A masła nie chcieli? (śmiech) Angole zawsze chcą masło.
- Nie.
- A to ciekawe!
I oczywiście przyniosłam chleb i musiałam isc jeszcze po masło.
Oczywiście było jeszcze ze w sałatce ma nie być grzybów a warzywa maja być na osobnym talerzu.
Ale najbardziej mnie wpierniczyli na lotnisku.
Normalnie walczyłam o honor ojczyzny!!!
W Bydgoszczy uciekłam przed wagą (dopuszczalny podręczny 10, ja miałam o 7 za dużo) skorzystawszy z nieuwagi pana w pomarańczowej kamizelce. Na rentgenie zapytali tylko co mam w słoiku, konfiturę z domu (najlepsza na świecie konfitura mamy z wiśni i płatków roży!), ok.
No to jak ok, to ok.
Ale nie, angole musieli się przyp..atyczkowac
I bezczelnie koleś otworzył słoik żeby mi udowodnić ze to jest "LIQUID" a to kunda mać nie był liquid tylko gęsta masa (pól kilo owoców na 100g konfitury), wiec ja mu przechylam rękę żeby było do góry dnem żeby zobaczył ze to nie liquid. Oczywiście gul mu skoczył i chciał mnie wyrzucić z odprawy, walczyłam jak o ojczyznę, jak można wyrzucić do śmieci konfiturę mamy!!!!!!!
Wściekła byłam cały dzień i do teraz obrywa się za to angielskim erasmusom w Pau....
AFRYKA:
Wystarczy ze powiesz cześć i się uśmiechniesz to już sikają pod siebie... Jeśli oczywiście jesteś dziewczyną:)
ANGOLE:
Wczoraj w restauracji obsługiwałam lordowską parkę. Moja patronka zwróciła mi uwagę, że zbyt wcześnie podaję chleb.
- Ale oni sobie tak życzyli.
- Ah, to angole, to w porządku. A masła nie chcieli? (śmiech) Angole zawsze chcą masło.
- Nie.
- A to ciekawe!
I oczywiście przyniosłam chleb i musiałam isc jeszcze po masło.
Oczywiście było jeszcze ze w sałatce ma nie być grzybów a warzywa maja być na osobnym talerzu.
Ale najbardziej mnie wpierniczyli na lotnisku.
Normalnie walczyłam o honor ojczyzny!!!
W Bydgoszczy uciekłam przed wagą (dopuszczalny podręczny 10, ja miałam o 7 za dużo) skorzystawszy z nieuwagi pana w pomarańczowej kamizelce. Na rentgenie zapytali tylko co mam w słoiku, konfiturę z domu (najlepsza na świecie konfitura mamy z wiśni i płatków roży!), ok.
No to jak ok, to ok.
Ale nie, angole musieli się przyp..atyczkowac
I bezczelnie koleś otworzył słoik żeby mi udowodnić ze to jest "LIQUID" a to kunda mać nie był liquid tylko gęsta masa (pól kilo owoców na 100g konfitury), wiec ja mu przechylam rękę żeby było do góry dnem żeby zobaczył ze to nie liquid. Oczywiście gul mu skoczył i chciał mnie wyrzucić z odprawy, walczyłam jak o ojczyznę, jak można wyrzucić do śmieci konfiturę mamy!!!!!!!
Wściekła byłam cały dzień i do teraz obrywa się za to angielskim erasmusom w Pau....
AFRYKA:
Wystarczy ze powiesz cześć i się uśmiechniesz to już sikają pod siebie... Jeśli oczywiście jesteś dziewczyną:)
czwartek, 13 listopada 2008
Reorganizacja pełną gębą
Zapłaciłam za net Nigeryjczykowi. Ale dużo lepiej nie jest, będzie trzeba jeszcze zachachmęcić w tym temacie.
Dostałam wczoraj prace w restauracji. Tzn na razie okres próbny. Jak to rady mojego sąsiada: "Pamiętaj, trzeba mówić ze umiesz wszystko!". Zobaczymy. Nic jeszcze nie wiem, ani co z napiwkami, anie jaki strój, ani czy nakarmią, ani czy będą dawać wolne na narty. Początek sezonu za 2 tygodnie!!!!!!!!!!!!!!
Wszyscy mi wszystko dają na krechę. Zgadza sie chyba z tymi badaniami amerykanskimi ze ludzie o dużych niebieskich oczach i wysokim czole wzbudzaja wieksze zaufanie bo to przypomina twarz dziecka, i dostaja mniejsze wyroki. Albo tu po prostu tak jest.
Genialne są rozmowy ludzi w malych sklepikach. W Lecrercu kupuje juz tylko to czego nie znajde w pobliskich sklepikach. Charcuterie z pysznymi wedlinami, Boulangerie z bagietkami (te juz nie wszystkie w ogole smak maja) Zawsze mi sie podobal klimat takich sklepikow "Dzien dobry pani Kowalska, jak zdrówko" brzmi troche inaczej niz "Bonjour Madamme Maréchal, ça va bien?" Melodia tego języka jest inna, po prostu stworzona do pogaduszek. Akcentowanie, emocje, można modelowac jak się chce. A potem (zasłyszane dosłownie wczoraj ekspedientka ok 40 lat do klienta 2 razy starszego) : "Allez Monsieur Gouillot, a bientot!" w dosłownym tlumaczeniu moznaby przelozyc: "No idz juz Panie Gouillot, na razie!" :)
Dostałam wczoraj prace w restauracji. Tzn na razie okres próbny. Jak to rady mojego sąsiada: "Pamiętaj, trzeba mówić ze umiesz wszystko!". Zobaczymy. Nic jeszcze nie wiem, ani co z napiwkami, anie jaki strój, ani czy nakarmią, ani czy będą dawać wolne na narty. Początek sezonu za 2 tygodnie!!!!!!!!!!!!!!
Wszyscy mi wszystko dają na krechę. Zgadza sie chyba z tymi badaniami amerykanskimi ze ludzie o dużych niebieskich oczach i wysokim czole wzbudzaja wieksze zaufanie bo to przypomina twarz dziecka, i dostaja mniejsze wyroki. Albo tu po prostu tak jest.
Genialne są rozmowy ludzi w malych sklepikach. W Lecrercu kupuje juz tylko to czego nie znajde w pobliskich sklepikach. Charcuterie z pysznymi wedlinami, Boulangerie z bagietkami (te juz nie wszystkie w ogole smak maja) Zawsze mi sie podobal klimat takich sklepikow "Dzien dobry pani Kowalska, jak zdrówko" brzmi troche inaczej niz "Bonjour Madamme Maréchal, ça va bien?" Melodia tego języka jest inna, po prostu stworzona do pogaduszek. Akcentowanie, emocje, można modelowac jak się chce. A potem (zasłyszane dosłownie wczoraj ekspedientka ok 40 lat do klienta 2 razy starszego) : "Allez Monsieur Gouillot, a bientot!" w dosłownym tlumaczeniu moznaby przelozyc: "No idz juz Panie Gouillot, na razie!" :)
czwartek, 6 listopada 2008
Ciepło Zimno
Tak szpanowalam w Polsce "a u mnie we Francji to na krótki rękawek ciepło". Istotnie jak wyjezdzalam to tak bylo... Ale po tych 10 dniach zimno i pada i zimno i pada... Brrr!!!
Troche sie pozmienialo
Czysty kibel dla polowy pietra to nie tylko kwestia komfortu zalatwiania potrzeb fizjologicznych. To tez niepozbawianie przyjemnosci wracania do domu, bo przeciez przez kibel trzeba przejsc zeby dotrzec do naszego schowanego korytarzyka.
Niestety po wolnym na Halloween panią od sprzątania wciągnely jakies moce do Hadesu czy innego ciemnego lochu bo niebylo sprzatane juz chyba z tydzien...
Moj niewolnik z samochodem sie wyprowadzil, a ten z internetem ma teraz dziewczynę wiec bede miala na tyle przyzwoitosci i nie bede siedziec u niego na necie jak oni zajmują sie sobą.
Trzeba wiec sie przeorganizowac i znalezc sobie inne ofiary.
Tylko ceny sie nie zmienily...
Troche sie pozmienialo
Czysty kibel dla polowy pietra to nie tylko kwestia komfortu zalatwiania potrzeb fizjologicznych. To tez niepozbawianie przyjemnosci wracania do domu, bo przeciez przez kibel trzeba przejsc zeby dotrzec do naszego schowanego korytarzyka.
Niestety po wolnym na Halloween panią od sprzątania wciągnely jakies moce do Hadesu czy innego ciemnego lochu bo niebylo sprzatane juz chyba z tydzien...
Moj niewolnik z samochodem sie wyprowadzil, a ten z internetem ma teraz dziewczynę wiec bede miala na tyle przyzwoitosci i nie bede siedziec u niego na necie jak oni zajmują sie sobą.
Trzeba wiec sie przeorganizowac i znalezc sobie inne ofiary.
Tylko ceny sie nie zmienily...
wtorek, 21 października 2008
5772,83
Wielkie wielkie oczy.... Przez 40 dni we Francji wydałam 5772,83 zł.... Grant Erasmusa na cały semestr wynosił 4300zł. Był jeszcze po starym kursie euro, na czym tez parę stówek jestem w plecy. No nic, trzeba iść do pracy jak chce tam na nartach pojeździć...
Polska jest w gruncie rzeczy zajebista... No gdyby nie kilka szczegółów...
Jestem w domu przez tydzień to trochę zaoszczędzę. Aż mi się śmiać chciało jak zobaczyłam kebab za 5zł w Toruniu. To jest 1 Euro z groszami, czyli nic we Francji. I nigdy wcześniej tak mi się nie podobał mój dom, mój pokój, teraz mieszkam w pałacu!!!
A co ciekawe, pierwszy raz stanęłam prosto do hymnu i z dumą normalnie stałam! Przed meczem finałowym o DMP, na który to zresztą specjalnie przyjechałam. Jeszcze bardziej teraz czuję się Polką i Torunianką. Swoją drogą we Francji zwykle mnie pytają czy jestem z Anglii. Odpowiadam, że jestem Polką, oni na to, że "ooooo! to doobrze! Bo Angielki są niefajne".
Polska jest w gruncie rzeczy zajebista... No gdyby nie kilka szczegółów...
Jestem w domu przez tydzień to trochę zaoszczędzę. Aż mi się śmiać chciało jak zobaczyłam kebab za 5zł w Toruniu. To jest 1 Euro z groszami, czyli nic we Francji. I nigdy wcześniej tak mi się nie podobał mój dom, mój pokój, teraz mieszkam w pałacu!!!
A co ciekawe, pierwszy raz stanęłam prosto do hymnu i z dumą normalnie stałam! Przed meczem finałowym o DMP, na który to zresztą specjalnie przyjechałam. Jeszcze bardziej teraz czuję się Polką i Torunianką. Swoją drogą we Francji zwykle mnie pytają czy jestem z Anglii. Odpowiadam, że jestem Polką, oni na to, że "ooooo! to doobrze! Bo Angielki są niefajne".
poniedziałek, 20 października 2008
Zimno i Vodka
Co przeciętny niepolak wie o Polsce...
że mamy gospodarkę wolnorynkową - 0% ankietowanych
że nie jesteśmy częścią ZSRR - 1%
że jesteśmy w Unii Europejskiej - 1%
że jesteśmy republiką - 1%
że coś z bliźniakami - 2%
że mamy kolorowe telewizory - 10%
że jest dużo katolików - 20%
że jest zimno - 70%
że jest wódka - 100%
że mamy gospodarkę wolnorynkową - 0% ankietowanych
że nie jesteśmy częścią ZSRR - 1%
że jesteśmy w Unii Europejskiej - 1%
że jesteśmy republiką - 1%
że coś z bliźniakami - 2%
że mamy kolorowe telewizory - 10%
że jest dużo katolików - 20%
że jest zimno - 70%
że jest wódka - 100%
Subskrybuj:
Posty (Atom)
