Na drugą część mojego wyjazdu przeprowadziłam sie do Akwitanii. Średniowieczne miasteczko Sarlat miało mi trochę przypominać kochany Torun. Pierwsze wrażenie co prawda może nawet zapiera dech w piersiach (co niektórym;)) ale jego wielkość (małość?) sprawia ze szybko się nudzi. Chociaż to głównie za sprawą faktu ciaglego spotykania tych samych ludzi,bo zakątki w starych murach były ciekawe. Ludzi na prawdę miałam dość, tych przemiłych uśmieszków oh la la la la la la! jak 10 razy dziennie musiałam przejść przez place de la liberte i z każdym wymieniać słówko.
Mieszkałam w średniowiecznej kamienicy na poddaszu na samej starówce. Idealne miejsce dla ludzi uwielbiających plotki i newsy z życia miasta. W szczycie sezonu nie dało sie wytrzymać w kółko słysząc te same muzyczki spektakli artystów muzycznych nawet po przyjściu do domu. Bo ze cały dzień to jasne, w koncu pracowałam w knajpie w samym sercu tegoż placu i Edith Piaf, Akrobaci, Clown, Żongler, Magik i Band francusko-angielskiego disco-polo wszyscy oni byli na porządku dziennym.
Chciało sie czasem odetchnąć od tego, blisko bylo nad rzekę i w skały. Plus te wszystkie groty prehistoryczne (słynne Lasceaux). Całe szczęście, że miałam samochód. Problem był z zaparkowaniem ale trzeba było się wycwanić, co zwykle wychodziło mi nieźle.
Powiedziałabym ze nie zachęcam do wakacji w tym regionie w lipcu i sierpniu bo jest okrutny tłok i do byle czego czeka się w kolejce czasem kilka godzin a w knajpach nie ma wolnych miejsc (nie należy zapominać ze są one zamykane miedzy 14 a 19, najwiekszy francuski idiotyzm!). Ale z drugiej strony poza sezonem (czyli lipcem i sierpniem) dużo atrakcji po prostu nie funkcjonuje.
Francuzi wszystko robią jak jeden pies. Urlopy zawsze od soboty do soboty, kiedy jest zmiana turnusu. Wiec atrakcje regionu są raz w tygodniu i wtedy wszyscy na nie idą. W poniedziałki wszyscy rwą na kajaki, we wtorki do Lasceaux bo jest z jakąś tam atrakcja dla dzieci, w środy na targ bo akurat wtedy się wystawia, w czwartki do Zamku na nocny spektakl, w piątki na koncert w ruinach itd i potem od początku. Mozna oszaleć.
Ale widocznie przyzwyczajeni, bo nawet jak maja wybór to i tak wszyscy robią to samo.
W restauracji 80% zamowien bylo na standardowe menu decouverte. Przystawka oczywiscie (foie gras specjalnosc regionu, 25E za słoiczek wątróbki z węgierskich lub POLSKICH (sic.) kaczek, oczywiście AOC Perigord), potem danie z kaczki w sosie winnym (Monbazillac), deser (ciasto orzechowe) i oczywiście mała czarna kawa z 1 kostka cukru i papieros. No jak jeden mąż. Jeśli była kawa biała do zaserwowania to było wiadomo ze dla anglików. Ci tez mają swoje standardy. Mięso dobrze wypieczone - anglik. Krwiste - francuz.
W żadnym wypadku nie wolno zapomnieć podać chleba do obiadu. Takie niedociągnięcie zwykle powoduje zupełny już brak napiwku, jesli mamy do czynienia z francuzem (choć te są mniejsze niż w Polsce!).
Aha, tam truskawki i orzechy tez maja AOC (Apelation d'Origine Controle - swiadectwo kontrolowanego pochodzenia- jak wino), oni maja na tym punkcie fioła a to jest jeden wielki bubel! Truskawki nie mają smaku, jadłam kilogramami po przyjeździe do Polski. A orzechy, no cóż bez komentarza, degustacje nawet robią. Poza tym, co juz pisałam, że często słynne foie gras jest z polskich kaczek i gęsi (foie d'oie).
piątek, 30 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz