piątek, 30 października 2009

Perigord Noir, Sarlat ogółem

Na drugą część mojego wyjazdu przeprowadziłam sie do Akwitanii. Średniowieczne miasteczko Sarlat miało mi trochę przypominać kochany Torun. Pierwsze wrażenie co prawda może nawet zapiera dech w piersiach (co niektórym;)) ale jego wielkość (małość?) sprawia ze szybko się nudzi. Chociaż to głównie za sprawą faktu ciaglego spotykania tych samych ludzi,bo zakątki w starych murach były ciekawe. Ludzi na prawdę miałam dość, tych przemiłych uśmieszków oh la la la la la la! jak 10 razy dziennie musiałam przejść przez place de la liberte i z każdym wymieniać słówko.

Mieszkałam w średniowiecznej kamienicy na poddaszu na samej starówce. Idealne miejsce dla ludzi uwielbiających plotki i newsy z życia miasta. W szczycie sezonu nie dało sie wytrzymać w kółko słysząc te same muzyczki spektakli artystów muzycznych nawet po przyjściu do domu. Bo ze cały dzień to jasne, w koncu pracowałam w knajpie w samym sercu tegoż placu i Edith Piaf, Akrobaci, Clown, Żongler, Magik i Band francusko-angielskiego disco-polo wszyscy oni byli na porządku dziennym.

Chciało sie czasem odetchnąć od tego, blisko bylo nad rzekę i w skały. Plus te wszystkie groty prehistoryczne (słynne Lasceaux). Całe szczęście, że miałam samochód. Problem był z zaparkowaniem ale trzeba było się wycwanić, co zwykle wychodziło mi nieźle.

Powiedziałabym ze nie zachęcam do wakacji w tym regionie w lipcu i sierpniu bo jest okrutny tłok i do byle czego czeka się w kolejce czasem kilka godzin a w knajpach nie ma wolnych miejsc (nie należy zapominać ze są one zamykane miedzy 14 a 19, najwiekszy francuski idiotyzm!). Ale z drugiej strony poza sezonem (czyli lipcem i sierpniem) dużo atrakcji po prostu nie funkcjonuje.

Francuzi wszystko robią jak jeden pies. Urlopy zawsze od soboty do soboty, kiedy jest zmiana turnusu. Wiec atrakcje regionu są raz w tygodniu i wtedy wszyscy na nie idą. W poniedziałki wszyscy rwą na kajaki, we wtorki do Lasceaux bo jest z jakąś tam atrakcja dla dzieci, w środy na targ bo akurat wtedy się wystawia, w czwartki do Zamku na nocny spektakl, w piątki na koncert w ruinach itd i potem od początku. Mozna oszaleć.

Ale widocznie przyzwyczajeni, bo nawet jak maja wybór to i tak wszyscy robią to samo.
W restauracji 80% zamowien bylo na standardowe menu decouverte. Przystawka oczywiscie (foie gras specjalnosc regionu, 25E za słoiczek wątróbki z węgierskich lub POLSKICH (sic.) kaczek, oczywiście AOC Perigord), potem danie z kaczki w sosie winnym (Monbazillac), deser (ciasto orzechowe) i oczywiście mała czarna kawa z 1 kostka cukru i papieros. No jak jeden mąż. Jeśli była kawa biała do zaserwowania to było wiadomo ze dla anglików. Ci tez mają swoje standardy. Mięso dobrze wypieczone - anglik. Krwiste - francuz.
W żadnym wypadku nie wolno zapomnieć podać chleba do obiadu. Takie niedociągnięcie zwykle powoduje zupełny już brak napiwku, jesli mamy do czynienia z francuzem (choć te są mniejsze niż w Polsce!).

Aha, tam truskawki i orzechy tez maja AOC (Apelation d'Origine Controle - swiadectwo kontrolowanego pochodzenia- jak wino), oni maja na tym punkcie fioła a to jest jeden wielki bubel! Truskawki nie mają smaku, jadłam kilogramami po przyjeździe do Polski. A orzechy, no cóż bez komentarza, degustacje nawet robią. Poza tym, co juz pisałam, że często słynne foie gras jest z polskich kaczek i gęsi (foie d'oie).

Brak komentarzy: