wtorek, 3 lutego 2009

Barcelona przed gwiazdką


Święta miałam spędzić we Francji, może z kimś kto mnie przygarnie, może sama. Szybko jednak zauważyłam, że tu raczej nie ma takiej tradycji, że na święta nie zostawia się ludzi samych.

Listopad nie był najszczęśliwszym miesiącem.. Do czego już się przyzwyczailiśmy na naszej półkuli myślę.. Pogoda się zepsuła, padało 2 razy w ciągu tygodnia. Raz przez 4 dni, raz przez 3.

Do tego miałam serdecznie dość wszelkiej maści samców napotykanych tu i tam. Był to tez miesiąc przemyśleń, miałam w głowie mały wulkan.
I zaczęłam kombinować. Loty drogie ale rozwiązanie się znaleźć musi. Znalazłam lot bezpośredni Easy Jetem z Barcelony do Poznania. Kupiłam. Jak się dostanę do Barcy? Przecież są jacyś Hiszpanie na Erasmusie to na pewno któryś ma samochód i będzie jechał do domu na święta i mnie zabierze. No i istotnie, było paru Hiszpanów, ale to to, to tamto....

W rezultacie pojechałam z Jeorge, który mieszka w Madrycie i wysadził mnie w połowie drogi (w Zaragozie) o 22:00 i stamtąd miałam dojechać nocnym pociągiem, być o 8:30 w Barcelonie czyli cacy. Ale mój pociąg odwołali. Wykombinowałam więc ichniego "pekaesa" ale z lądowaniem o 4 w nocy w Barcy. Na dworcu w poczekalni nie można było zamykać oczu bo przychodzili z rózgą. Kimanie zabronione. Bez jaj. Więc nici z drzemki, całe szczęście, myślałam sobie, że nie wzięłam autobusu który wyjeżdża o 4 i jest na miejscu o 7, jak myślałam na początku żeby się w zdrzemnąć przed odjazdem. Potem jednak się okazało ze nie było żadnej dobrej opcji bo wysiadka o 4 rano na dworcu w Barcelonie, bez mapy, bez noclegu, z bagażami (między innymi cały mój sprzęt foto z laptopem i prezenty swiateczne), gdzie w schronisku nikt nie odbierał telefonu a taksówkarz powiedział żebym nie szła sama bo to najniebezpieczniejsza dzielnica i na dodatek myśląc tylko o spaniu to nie była najprzyjemniejsza przygoda. Dostałam się na Arago, stara kamienica, nie wyglądało na hostel. Drzwi główne były na szczęście otwarte. Ale hostel nie, i nikt nie otworzył. Gapiłam się tylko w judasza, chcąc się przez niego przecisnąć do środka. Ostatecznie usiłowałam nie zasnąć na tej klatce schodowej, ale nie mam pojęcia czy mi się udało, czy nie. O 6 miałam szczęście, angole wychodzili na samolot wiec wślizgnęłam sie do srodka i walnęłam na kanape w salonie. I tak spałam do 10 jak już było całkiem gwarno. No, z pobudką o 8:30, tata pytał czy dojechałammoim nocnym pociągiem namiejsce i wszystko dobrze. Podejrzewam, że odpowiedziałam "tak tato, wszystko dobrze".

Swoją drogą hostel rewelacyjny. 10 Euro za noc, darmowe wi-fi, 2 kompy, kuchnia do dyspozycji, lazienki w porzo, woda gorąca, atmosfera przyjemna, 2 kroki od centrum (niecałe 10min do Placa Catalunia) - Sant Jordi Hostel, Arago 268 i 20 min pieszo do dworca autobusowego (estacione nord) skąd odjezdzaja autobusy na lotnisko w Gironie. (12 E w jedną stronę).
Złaziłam Barce pieszo, bylo cieplutko, miałam tam kilka dni, od 20 do 24 grudnia.
Idąc Ramblą któregoś dnia, sama, nagle wyrasta przede mną facet koło 40 z pytaniem czy jestem polką, bo jemu tak sie wydaje, bo był w Polsce wiere razy i jest zauroczony. Zdziwiona "taak" kontroluję torebkę (standard;-)), chciał postawic mi pare (sic!) kaw i zabrac do Muzeum Picassa, khem.. a jak nie to powiedział, żebym mu dała swoj adres to mnie odwiedzi bo duzo podróżuje... I ta pianka od cappucino przy jego wardze... bleh!
Zostawiłam gościa i poszłam do magika. Zabrał mi płaszcz i robił na nim jakies czary-mary. Włócząc się tak po Barcelonie, spotkałam dotrzymującego mi kroku agenta, również słóżb specjalnych, najwidoczniej dostalismy wzajemną misję;-) Ot tak świat jest mały, i ludzie czasem się mijają na ulicy... różnych krajów. Musieliśmy omówic interesy więc poszlismy razem na obiad. Nigdy nie chodzcie na obiad na Rambli!!! Chyba, że na rządowy portfel;-) W kazdym razie podniebienie miało swoje święto. Zamówilismy małą paellę na pół i chcielismy na przystawke posmakowac jakis mix tapas. Kelner juz sie nami zajął. Przyniosl talerz kalmarów, krewetek, nadziewanych papryk, szynki z karaibów, jakis kanapek itd. Na muszelce małża ułożyły się smiesznie cyfry 76, poważnie, smielismy się, że to znak. i owszem. Na tyle opiewał rachunek (w euro!!!). Oczywiscie nie zapłacilismy, bo co to ma byc. Chcielismy żeby facio wyłysiał, ale już był łysy. Okazało się, ze dał nam wszystkei dania z karty jakie figurująw przystawkach. W liczbie 6. Zapłacilismy po bożemu za 2 przystawki, po jednej na osobe i za paelle. Koniec basta. Ale niesmak pozostał.

Brak komentarzy: