Działają palniki w kuchni, kupili 4 nowe na 6. Nie ma dobrze. Nikt nigdy nie wie, który włącznik jest do czego, w którą stronę przekręcać na wyższą moc i co ile minut trzeba naciskać na guzik prądu. Ze względów bezpieczeństwa co jakiś bliżej nieokreślony czas w czasie gotowania wszystko się wyłącza, tak oto spieprzył mi się makaron...
Gotuję. Bo taniej. Bo nie powiem ze jest to coś superfajnego w takich warunkach, ze wszystko trzeba wynosic do kuchni, a potem czasem wracac z tobołemi umierac z głodu bo chinczyki bawią się w gotowanie. Jak tak jest to jest ich tam przynajmniej z 6-7 na raz i od razu cos do ciebie krzyczą i tłumaczą ale to nigdy nie ma nóg ani rąk. Ostatnio wchodzę, stoje z tymi garami, pelno dziwnych przyrządów w kuchni,palniki i zlew zajęte. I 3 skosne na raz zaczynaja mi tlumaczyc cos o innej kuchni w ktorej cos trzeba nacisnąc i jest otwarte okno...
W stołówkach akademickich jedzenie to ściema jakaś, obojętnie co jesz, ma taki sam smak. Albo raczej ma taki sam niesmak. Ryba, kurczak, wołowina, indyk... Ale kosztuje 2.85E. Ale laVague jest centrum spotkań erasmusów.
wtorek, 27 stycznia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz