wtorek, 30 września 2008
Okno
Idę do strużynki bo w moim pokoju nie otwiera się okno, chcę, żeby mi je naprawili i czego się dowiaduję? Ze otwieranie okien w akademikach jest formalnie zabronione. Dlaczego? Ze względów bezpieczeństwa. No tak najłatwiej zrobić ze wszystkich dzieci lub potencjalnych samobójców żeby nie musieć odblokowywać tych starych okien.
Cappuccino
Jak chcesz się napić włoskiej kawy z gorącym mlekiem i pianką z mlekiem to nie pros cappuccino. Masz albo cafe au lait - zwykła biała. Albo cafe creme, ale o piankę musisz sie doprosic o "mousse" bo oni tu myślą że spieniacz służy tylko do podgrzewania mleka a pianka to skutek uboczny...
Zamawiając cappuccino dostaniesz kawe po wiedeńsku - czarna z bita śmietaną.
Nie wiem jeszcze co się dzieje jak zamawiasz po wiedeńsku.
Zamawiając cappuccino dostaniesz kawe po wiedeńsku - czarna z bita śmietaną.
Nie wiem jeszcze co się dzieje jak zamawiasz po wiedeńsku.
Pau jest bezpieczne
Koncert na placu Clemencau. Byłam, słyszałam, widziałam i do domu wrocilam. A tu sie okazuje ze tego dnia jakis koleś sledził kobiete idącą ulicą, zabił mężczyzne który szedł z nią a potem na bulwarze pirenejskim zaraz zaplacem popelnil samobójstwo. Teraz wiec Pau jest juz bezpieczne bo zabójca jest niegroźny.
poniedziałek, 29 września 2008
Kupię rower
Wywiesiłyśmy z Kaśką ogłoszenie, że chcemy kupić rower, jak byk stało:
"Je veux acheter un VELO".
Dzwoni Chinka, mówi że ma rower, że za 40 Euro, umawia się, trwa to z 10 minut żeby się dogadać, w końcu spotykamy się, przychodzi z CHIŃCZYKIEM. Ten mówi na wejściu:
- TO BARDZO KOBIECY ROWER, KOBIECY TAKI
Ja na to:
- Super, może być kobiecy. Chciałabym mieć taki z koszykiem. Ma koszyk?
- TAK, TAK, MA KOSZYK, MA!
- Super! Kobiecy rower z koszykiem! To może jeszcze jest różowy? To w ogóle byłaby barbie - żartuje sobie
- TAK, TAK, JEST RÓŻOWY, RÓŻOWY JEST!
- Ha, no to ekstra:) To który to?? (stoimy już dłuższą chwilę przy parkingu rowerów)
- .... Aaaa... TO WY TEŻ CHCIEĆ KUPIĆ ROWER?!
"Je veux acheter un VELO".
Dzwoni Chinka, mówi że ma rower, że za 40 Euro, umawia się, trwa to z 10 minut żeby się dogadać, w końcu spotykamy się, przychodzi z CHIŃCZYKIEM. Ten mówi na wejściu:
- TO BARDZO KOBIECY ROWER, KOBIECY TAKI
Ja na to:
- Super, może być kobiecy. Chciałabym mieć taki z koszykiem. Ma koszyk?
- TAK, TAK, MA KOSZYK, MA!
- Super! Kobiecy rower z koszykiem! To może jeszcze jest różowy? To w ogóle byłaby barbie - żartuje sobie
- TAK, TAK, JEST RÓŻOWY, RÓŻOWY JEST!
- Ha, no to ekstra:) To który to?? (stoimy już dłuższą chwilę przy parkingu rowerów)
- .... Aaaa... TO WY TEŻ CHCIEĆ KUPIĆ ROWER?!
Ali
Poznałam Ali'ego, jest z Nigerii, podobno Ali wszystko załatwi. Jak w skazani na Shawshang, faktycznie:) Ali nie umie parkować samochodu ale zawiózł mnie na pchli targ, żeby kupić rower. Ale byly same zdechłe. Kupiłam 8 książek, w tym 2 słowniki Larouss'a, 3 gazety o winie i zapłaciłam za to wszystko razem 1 Euro:) I figurkę murzyna, bo robię Afrykę w pokoju, żeby go trochę ocieplić. To moja mała misja.
Kuchnia chińska?
A mówią, że to Polacy złodzieje. W moim akademiku jest czarno i skośnie, 9 i 10 piętro okupowane przez ryżojedców. Zawsze walają się tam chińskie pałeczki.
Ktoś zwinął moje rzeczy z lodówki. Zrobiłam właśnie zakupy na weekend, więc łup był niezły. Ciekawe jak niezła będzie sraczka. Zemstę zaplanowałam. Kupuję Heineckena bo łatwo się otwiera, wsypuję porządną dawkę środków na przeczyszczenie, zamykam i wkładam do lodówki we wspólnej kuchni na 10 pietrze. Potem tylko nasłuchuje odgłosów z kibla żeby wytropić złodzieja.
Ktoś zwinął moje rzeczy z lodówki. Zrobiłam właśnie zakupy na weekend, więc łup był niezły. Ciekawe jak niezła będzie sraczka. Zemstę zaplanowałam. Kupuję Heineckena bo łatwo się otwiera, wsypuję porządną dawkę środków na przeczyszczenie, zamykam i wkładam do lodówki we wspólnej kuchni na 10 pietrze. Potem tylko nasłuchuje odgłosów z kibla żeby wytropić złodzieja.
Pierwszy dzień we Francji
Lotnisko w Bydgoszczy. 18 kg bagażu na półroczny wyjazd do Francji na studia. O 3 kg za dużo. Wyjmuję skórzany płaszcz i tym sposobem mam już na sobie 3 nakrycia wierzchnie. Ale przynajmniej wszystko ze mną jedzie. Stoję w kolejce do odprawy paszportowej i dzwonię do Pawła, bo wydawało mi się, że on też dziś miał lecieć do Londynu. "Tak, lecę do Anglii, właśnie wsiadłem do samolotu, ale nie do Londynu". Szkoda, myślę sobie, miałabym towarzystwo i w tym momencie zauważam w bramce Tomka. No to jednak z kimś jeszcze polecę zanim zostanę sama:) Świat jest taki mały.
Noc spędzam na lotnisku w Stansted. Na podłodze. Śpiworek i ... i nic. Za duże podniecenie żeby spac. Rano kawa XXL na uspokojenie i do następnego samolotu. 2 siedzenia obok były wolne wiec spię wygodnie od "unfasten seatbelts" do "fasten seatbelts". Jasiek nierozłączny przyjaciel.
Łezka się kręci w oku jak widzę przy londowaniu napis "Pau". Spełniło się marzenie siedmiolatki w różowych sandałkach, która chciała skończyć studia we Francji. Piąty, ostatni rok studiów i w końcu oto jestem. Ostatni gwizdek.
Wychodzę z lotniska, po obu stronach palmy, łapię stopa i 30 Euro za transport z lotniska mam w kieszeni. Okazuje się, że babka, która mnie zabrała, wykłada na uniwerku w Pau i to na moim wydziale. Ba, nawet na moim kierunku. Świat jest mały.
Podjechałam pod samo biuro CLOUS'u, gdzie załatwia się papiery akademik itp. Oczywiście okazało się, że mojego nazwiska nie mają w komputerze i w ogóle nie mam mieszkania, ale wyjście jak zwykle się znalazło i dostałam to co chciałam.
Poznaję pierwszą osobę w Pau, angielkę Charlotte.
Z jednym plecakiem na plecach i drugim na brzuchu jak wielbłąd ruszam w strone mojego lokum. Po drodze odpoczywam sobie na ławce otoczona tobołami z mapą ręku i nosem w mapie, podchodzi do mnie chudy dwumetrowy murzyn w garniaku: - "Excusez-moi, vous etes d' ici?"
Docieram do Cite Universitaire Corisande d'Andoins. Obczajam jakie pokoje są wolne, sprawdzam w notatniku porady Kuby, biorę 1107. Ostatnie, 11 piętro wieży, ostatni pokój.
Gramolę się do góry, winda jezdzi tylko na nieparzyste piętra, mam szczęście. Kuchnia za to jest tylko na parzystych. Nie ma dobrze, albo - albo:)
W windzie czytam wielki afisz, żeby uważać na "blattes", kuśwa, co to blattes, karaluchy?? Ano karaluchy...

Wchodzę do pokoju... Mała, pusta, ciemna dziura na szczura. Ale z widokiem na pireneje. No, jak się porządnie wychylić;) Zawsze chciałam mieszkać wysoko i mieć mniejszy pokój. No to mam:)
Łapię wi-fi w pokoju, przerywa, ale jest.
Zrobiłam porządne zakupy bo nic ze sobą nie przywiozłam. Talerz, kubek, widelec... Z 2 wielkimi torbami gramolę się na przystanek autobusowy, ale nie ma dobrze - autobusy tu jeżdżą tylko do godz. 19 z minutami, właśnie ostatni odjechał, wiec zaiwaniam pieszo.
Kładę sie do pustego łóżka i grzmot, porządna burza jak przystało na dobry koniec tego pierwszego dnia na obczyźnie. Nie żartuję. A tak wiało, że okna wychodziły z siebie. Deszcz za oknem i kilka kropli na moim Jaśku.
Szkoda, że nie pamiętam co mi się śniło.
Noc spędzam na lotnisku w Stansted. Na podłodze. Śpiworek i ... i nic. Za duże podniecenie żeby spac. Rano kawa XXL na uspokojenie i do następnego samolotu. 2 siedzenia obok były wolne wiec spię wygodnie od "unfasten seatbelts" do "fasten seatbelts". Jasiek nierozłączny przyjaciel.
Łezka się kręci w oku jak widzę przy londowaniu napis "Pau". Spełniło się marzenie siedmiolatki w różowych sandałkach, która chciała skończyć studia we Francji. Piąty, ostatni rok studiów i w końcu oto jestem. Ostatni gwizdek.
Wychodzę z lotniska, po obu stronach palmy, łapię stopa i 30 Euro za transport z lotniska mam w kieszeni. Okazuje się, że babka, która mnie zabrała, wykłada na uniwerku w Pau i to na moim wydziale. Ba, nawet na moim kierunku. Świat jest mały.
Podjechałam pod samo biuro CLOUS'u, gdzie załatwia się papiery akademik itp. Oczywiście okazało się, że mojego nazwiska nie mają w komputerze i w ogóle nie mam mieszkania, ale wyjście jak zwykle się znalazło i dostałam to co chciałam.
Poznaję pierwszą osobę w Pau, angielkę Charlotte.
Z jednym plecakiem na plecach i drugim na brzuchu jak wielbłąd ruszam w strone mojego lokum. Po drodze odpoczywam sobie na ławce otoczona tobołami z mapą ręku i nosem w mapie, podchodzi do mnie chudy dwumetrowy murzyn w garniaku: - "Excusez-moi, vous etes d' ici?"
Docieram do Cite Universitaire Corisande d'Andoins. Obczajam jakie pokoje są wolne, sprawdzam w notatniku porady Kuby, biorę 1107. Ostatnie, 11 piętro wieży, ostatni pokój.
Gramolę się do góry, winda jezdzi tylko na nieparzyste piętra, mam szczęście. Kuchnia za to jest tylko na parzystych. Nie ma dobrze, albo - albo:)
W windzie czytam wielki afisz, żeby uważać na "blattes", kuśwa, co to blattes, karaluchy?? Ano karaluchy...

Wchodzę do pokoju... Mała, pusta, ciemna dziura na szczura. Ale z widokiem na pireneje. No, jak się porządnie wychylić;) Zawsze chciałam mieszkać wysoko i mieć mniejszy pokój. No to mam:)
Łapię wi-fi w pokoju, przerywa, ale jest.
Zrobiłam porządne zakupy bo nic ze sobą nie przywiozłam. Talerz, kubek, widelec... Z 2 wielkimi torbami gramolę się na przystanek autobusowy, ale nie ma dobrze - autobusy tu jeżdżą tylko do godz. 19 z minutami, właśnie ostatni odjechał, wiec zaiwaniam pieszo.
Kładę sie do pustego łóżka i grzmot, porządna burza jak przystało na dobry koniec tego pierwszego dnia na obczyźnie. Nie żartuję. A tak wiało, że okna wychodziły z siebie. Deszcz za oknem i kilka kropli na moim Jaśku.
Szkoda, że nie pamiętam co mi się śniło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)